Anna Celska, Nasze cztery ściany. Intymność czasów pandemii


Anna Celska


 

Nasze cztery ściany. 

Intymność czasów pandemii

 

 

Podział na to, co prywatne, i to, co publiczne, sięga do czasów najstarszych ojców starożytnej filozofii. W międzyczasie zarówno wynoszono go na piedestał liberalnego dyskursu, jak i poddawano krytyce – zazwyczaj ze strony badaczek feministycznych i mniejszościowych. Choć wydawałoby się, że dyskurs domowego zamknięcia powoli odchodzi w zapomnienie, a społeczna świadomość odpowiedzialności za współpracę wznosi sztandar zwycięstwa, wybuch międzynarodowej pandemii wirusa COVID-19 zdjął wielu z nas różowe okulary.                                                                                           

 

Jakkolwiek głośno i wyraźnie słyszymy głosy dotyczące zmian zachodzących w polityce, w mieście, w miejscach zrzeszających spore wspólnoty (to, co publiczne – agora), tak głosy wspominające o zmianach życia codziennego spowodowanych wprowadzeniem stanu epidemii ograniczają się najczęściej do utyskiwań na noszenie maseczek (to, co prywatne – nasze ciała). Chciałabym prześledzić zmiany, jakie zaszły w obszarze intymności w związku z pandemią i idącą za tym koniecznością pozostania w domach. Przy czym intymność rozumiem jak najszerzej: chciałabym zbadać to, jak przekształciły się relacje pomiędzy ludzkimi aktorami, nieludzkimi aktorami organicznymi i nieorganicznymi w tych nadzwyczajnych warunkach ograniczonego oraz, patrząc na to z nieco innej strony, zintensyfikowanego, bliskiego kontaktu. Zamierzam oddać głos towarzyszącym nam technologiom, zamieszkiwanym przestrzeniom (meblom, drzwiom, wyposażeniu kuchennemu), komunikatorom internetowym, komputerom (wraz z mikrofonami, kamerkami), zwierzętom towarzyszącym i tak dalej. Co więcej, wyjątkowo intensywnym aktantem wydaje mi się dotyk, któremu pragnę przeznaczyć szczególne miejsce z racji wielości powiązań, które tworzy z innymi wspomnianymi przeze mnie aktorami. Chciałabym sprawdzić stawianą w tym miejscu hipotezę, iż intymność pandemii jest inna niż intymność (relatywnego) zdrowia – nie tyle w sensie choroby, co w sensie społeczno-politycznym (pewnej sytuacji pandemicznej wraz z wynikającymi z niej lękami, zmianami w produkcji i biopolitycznej władzy oraz inne). Przy badaniu opisanej hipotezy zamierzam zadać sobie między innymi pytanie o to, jak zmienia się dotyk w relacjach w pandemii, jak zmienia się intymność bliskich/czułych relacji i jakie zmiany zachodzą w niej w związku z zacieraniem się granic między strefą publiczną a prywatną. Ostatecznie chciałabym zastanowić się nad swego rodzaju intymnością „wymuszoną” – intymnością w relacjach z osobami, z którymi spędzamy więcej czasu niż zazwyczaj.

 

Intymność pandemii

 

Gdy myślę o intymności pandemii, to biorę pod uwagę zarówno to, co rozgrywa się pomiędzy jej aktantami, jak i samo przeżywanie lockdownu, kwarantanny, choroby: intymność pandemii i intymność doświadczenia pandemii. To wielka mapa pojęć: kody bliskości a konieczność przemyślenia czułości na nowo; relacje, w których brak osobistego kontaktu, a technologia jako pośredniczka intymności. Zaznaczając w ten sposób pole problemów, którym chciałabym się przyjrzeć, warto jeszcze wspomnieć na moment o metodologii. Intymność wydaje się bardzo ciekawym aktantem, jednocześnie trudnym do zbadania. Pozostaje bowiem wyjątkowo podatna na parametryzację psychologiczną, która na wzór nauk szczegółowych będzie widzieć w niej tylko jeden ze sposobów budowania więzi – wraz z całym aparatem normatywnym, o którym tyle pisał Michel Foucault. Psychologizacja intymności pociąga za sobą niebezpieczne rozróżnienie na to, co właściwe, i to, co patologiczne. Z tego też powodu zdecydowałam się na dużo skromniejszą drogę. Przy badaniu intymności chciałabym odwołać się bowiem do doświadczenia własnego i bliskich mi osób. Tak jak Donna Haraway w tekście When Species Meet pozwala czytelniczce zapoznać się z nowomaterialistycznymi kategoriami współbycia w świecie podmiotów ludzkich i nieludzkich poprzez uczestnictwo w jej relacji z psimi towarzyszkami – ja chciałabym opisać zmiany intymności, opierając się na własnej wiedzy ugruntowanej. Bliskie jest mi myślenie tej filozofki na temat tego, że zmiana zaczyna się od codziennych mikropraktyk.    

                                                              

Teoria i praktyka zostają nierozłącznie związane w naszych codziennych życiach przez mniej i bardziej rutynowe czynności, które wykonujemy. W ten sposób kody bliskości dotychczas zrutynizowane do poziomu niezauważalności nagle zaczynały mieć specjalne miejsce w codzienności mojej i mojej partnerki, zamkniętych w czterech ścianach naszego niewielkiego mieszkania. Oś wspólnej relacji zaczął stanowić podział obowiązków, takich jak to, kto robi śniadanie, a kto jest odpowiedzialny za przygotowanie obiadu, a także (a może i przede wszystkim) niewywiązywanie się z tego typu postanowień. Codzienna wspólna pobudka, dotychczas właściwie niemożliwa przez różne godziny pracy i nauki, stała się rytuałem, który potrafił zaważyć na nastrojach nas obu przez resztę dnia. Zaczęłyśmy być bardziej uważne na mikrosygnały i komunikację niewerbalną: w pierwszych tygodniach pandemii każde drgnięcie mięśni mimicznych było równie głośne jak krzyk sprzed czasu lockdownu. Miałam wrażenie, że nasze aparaty poznawcze były bardziej wyczulone niż kiedykolwiek wcześniej.                                                                                  


Nie ze wszystkimi bliskimi mi osobami miałam jednak okazję zamieszkać przez okres pandemii – wielu moich przyjaciół i przyjaciółek, a także członków rodziny, znajdowało się w zupełnie innych miejscach. Wtedy do sieci dołączał kolejny aktor – technologia. Zapośredniczenie intymnych relacji przez internet odegrało wyjątkowo istotną rolę w próbach utrzymania kontaktu z tymi, z którymi dotychczas widziałam się osobiście często, a w miesiącach pandemii ani razu. Pomimo tego, że zazwyczaj stronię od długich rozmów telefonicznych oraz sama preferuję kontakt mailowy lub przez portale społecznościowe, do łask powrócił telefon komórkowy. Ze względu na pandemię członkowie mojej rodziny skutecznie zmienili tę komunikacyjną rutynę. Sieć rozszerzyła się także o zupełnie niestandardowe modele bycia razem, czego przykładem mogły być platformy do wirtualnego grania w gry planszowe. Dużą rolę w moim życiu zaczął odgrywać także Discord, za pomocą którego wraz z przyjaciółmi przenieśliśmy nasze cotygodniowe spotkania do świata zapośredniczonego przez mikrofon i słuchawki.                                                             


Warto dodać, że nie byłyśmy z partnerką jedynymi mieszkankami naszego skromnego lokum. Wraz z nami w zamknięciu przebywały także dwa koty. W efekcie pandemia sprowokowała do pytań o to, czy jest możliwa i jak wygląda intymność z nieludzkimi aktorami (intymność zwierząt, intymność nawiązana z rzeczami z naszego mieszkania, w tym kwestia wtórnej produkcji, choćby śmieci, oraz potrzeba/pragnienie rzeczy). Spojrzenie z kociej perspektywy na pandemię wydaje mi się nawet ciekawsze niż to, co same mamy na ten temat do powiedzenia. Na początku koty częściej przychodziły spędzać z nami czas, zadowolone z naszej wzmożonej aktywności domowej. Wtedy zauważyłam, że mój koci towarzysz Rudolf jest wielkim fanem przyrodniczych programów telewizyjnych czytanych przez Krystynę Czubównę. Wystarczyło jednak kilka dodatkowych dni, by koty zupełnie miały dosyć swoich ludzkich współlokatorek. Dały to mocno odczuć, unikając z nami kontaktu, głośno wyrażając niezadowolenie lub niszcząc wspólną przestrzeń. Nasze intymne relacje straciły harmonię dotychczasowo utrzymywaną przez codzienne opuszczanie mieszkania – choćby po to, by udać się do pracy lub na uczelnię. Kocia autonomia została zaburzona, podobnie jak ludzki spokój i porządek w mieszkaniu, w którym cała czwórka musiała teraz nieustannie przebywać.        


Samo mieszkanie zresztą było zarówno aktorem, jak i świadkiem zmian, jakie pociągała za sobą pandemia i konieczność zamknięcia w domu, wymagało między innymi częstszego sprzątania. Śmieci wynoszone dotychczas raz w tygodniu stały się codziennym obowiązkiem. Podobnie jak odkurzanie, przecieranie biblioteczki czy wstawianie prania. Ciągła obecność w mieszkaniu niejako intensyfikowała samo zamieszkiwanie. Domowa przestrzeń stała się aktorem, którego potrzeb nie można było zignorować i którego po prostu trzeba było wysłuchać. Pandemia uświadomiła mi różnorodność otaczających mnie codziennie podmiotów – zamieszkiwanie stało się częścią procesu bycia w świecie rozumianego jako relacyjność. Gabriel Tarde pisał, że nie ma czegoś takiego jak „ja”[1]. „Ja” zawsze istnieje w stosunku do samego siebie, podobnie jak istnieje w stosunku do innych. Zatem „ja” jest zawsze fundamentalnie relacyjne, nie zaś stałe i niezmienne. To właśnie ta ciągła, niemożliwa do zatrzymania zmiana byłaby czymś łączącym podmioty w grupy i większe sieci.         

              

W ten sposób dochodzimy do istotnych pojęć budujących te rozważania – uświadomiwszy sobie bowiem relacyjność naszego życia, nie można pozostać bezczynnym i obojętnym. Tego szczególnie uczy nas pandemia: różnorodności naszych żyć i doświadczeń. Zdanie sobie sprawy z istnienia grup szczególnie narażonych wymusza na nas troskę. Ta zaś została ciekawie przedstawiona przez Marię Puig de la Bellacasę[2] czy Joan Tronto. Istnieją różne rodzaje troski, care for oraz care about, gdzie pierwsza oznacza podejmowanie czynności mających zapewnić dobrostan podmiotowi, którym się opiekujemy, a druga – bardziej abstrakcyjne okazywanie zaangażowania w pewne kwestie i podmioty. W tym ostatnim przypadku podmiotem nie musi być osoba, może być nim na przykład wartość, podczas gdy przy opiece raczej zakładamy, że dbamy o osobę – również nieludzką, co starają się podkreślić myślicielki nowomaterialistyczne[3]. Co więcej, troska rozumiana jest jako pewna dyspozycja (dispositif) podmiotu w sieci społecznych relacji i zależności. Dla mnie osobiście jest też ściśle związana z postrzeganiem siebie jako aktora w owej sieci wraz z moim szczególnym (nieraz uprzywilejowanym) miejscem na współzamieszkiwanej płaszczyźnie. Troska łączy się z uważnością dotyczącą tego, by nie odtwarzać tradycyjnych relacji władzy i panowania nad innymi aktantami.                                                                     


Kategoria ta stanowi tak ważne i subwersywne pojęcie, ponieważ jest zawsze dostępna. Jeśli była ukryta w dominującym dyskursie, to tylko dlatego, że znajdowała się w kącie społecznego oka – wiecznie gotowa do tego, by po nią sięgnąć i ją włączyć. Jak Deleuzjańska ślepa plamka. W tym też sensie troska to zarówno aktywne działania na rzecz (podporządkowanych) innych, jak i ciągły namysł nad nimi i samym sobą. To zaś prowadzi nas do trochę bardziej ogólnych, lecz jakże istotnych, refleksji nad różnicą (oraz podobieństwem?) pomiędzy praktyką i teorią – aktem i myślą.


Chciałabym zacząć od tego, że miejsce, w którym spotyka się namysł i działanie, jest dla mnie tym samym miejscem, w którym niektóre pojęcia wychodzą poza swoje teoretyczne ramy, takie jak wspomniany już szacunek [respectere], uważność, ale też empatia, praca czy zaangażowanie. Te nowomaterialistyczne terminy wydają się przynależeć jednocześnie do rejestru teorii i praktyki. Sugerują, że działanie nie musi być jednoznaczne z zakładaniem komun, adoptowaniem psa ze schroniska, wpłacaniem datków na organizacje przeciwdziałające dyskryminacji i tak dalej. Takie praktyki są oczywiście niebagatelne, ale nie muszą być jedyne. Nowy materializm pomaga nam podejść do tego podziału jeszcze w inny sposób. W jego ramach także myślenie może być działaniem – szczególnie specjalny rodzaj myślenia zaangażowany właśnie w wyżej zarysowaną siatkę pojęciową. Autorefleksja i ciągłe sprawdzanie swojego przywileju również jest formą aktu wymierzoną przeciwko tradycyjnym metafizycznym podziałom. Praktyka w tym kontekście to dla mnie przede wszystkim zerwanie z paradygmatem obiektywnego, niezaangażowanego obserwatora, z pozycji którego można i powinno się opisywać świat oraz byty go fundujące. Praktyka to aktywne przeciwdziałanie prymatowi męskocentrycznego racjonalizmu w imię zwrotu w stronę podmiotów marginalnych, którym dotychczas odbierano głos. To zwrot ku materialności, a zatem również ku emocjonalności i empatii w miejsce zimnego, analitycznego dyskursu.

                             

Na koniec chciałabym poruszyć jeszcze jeden istotny aspekt intymności sytuacji pandemicznej. Mam na myśli momenty, w których pozostajemy bliżej, niż byśmy chciały, z osobami mogącymi nas krzywdzić. Do tej pory przedstawiałam intymność albo jako opis relacji z aktantami, z którymi nawiązujemy więcej wiązań aniżeli z innymi oraz z którymi współobecność jest intensywniejsza, albo wręcz jako waloryzującą ocenę bycia razem w intymności stającej się synonimem czułości, zaufania i tak dalej. Teraz chciałabym przyjrzeć się pęknięciu dostrzegalnym w tym opisie, a mianowicie: intymności w relacjach przemocowych w rzeczywistości wspólnego zamknięcia, negocjowaniu granic i osobistej autonomii w perspektywie płynności/relacyjności wirusa czy pandemii jako testowi uważności (attentiveness). Intymność może być także niedobrowolna, może być synonimiczna z bliskością i jednocześnie nie mieć nic wspólnego z komfortem czy poczuciem bezpieczeństwa, a wręcz przeciwnie.

                                                                                      

Wraz z kolejnymi mijającymi tygodniami pandemii zaczęto coraz częściej mówić w ramach publicznego dyskursu o fali rozwodów i zgłoszeń do niebieskiej linii. Wiele kobiet dzieliło się w internecie swoimi doświadczeniami z ciągłego przebywania w domu ze swoim agresywnym czy narażonym na chorobę alkoholową partnerem. Dotychczasowa harmonia domu, budowana na płytkich fundamentach, pozwalających jednak oddzielić czas rodzinny od czasu pozbawionego towarzystwa przemocowych członków i członkiń rodziny, załamała się w tym samym momencie, w którym wielu osobom została odcięta droga ucieczki. Z jednej strony więc lockdown stał się murem, pod którym zostały postawione jednostki nieuprzywilejowane, z drugiej zaś – a może przede wszystkim – okazał się testem uważności. Biorąc pod uwagę to, co pisała Donna Haraway, uważność musi stanowić nie tylko nowy model kontaktów międzyludzkich, ale i paradygmat kontaktu z otaczającym nas światem rozumianym jako sieć. Uważność jest pierwszym krokiem, by zauważyć wszystkich istotnych, w tym również nieuprzywilejowanych, aktorów wokół nas i ustosunkować się do nich, zająć miejsce wobec nich. Negocjowanie granic i osobista autonomia wydają się nowymi znaczącymi aktantami, których obecność wirus pozwolił nam zrozumieć i włączyć do sieci.


Dotyk

 

         Wspominałam na początku, że dotyk wydaje mi się szczególnym aktorem w sieci intymności czasów pandemii i lockdownu. Chciałabym rozważyć jego częstotliwość, zmianę/powstanie/zanikanie szczególnych gestów i symboli, a wraz z tym modyfikację zawartego w nich znaczenia. Mam zamiar poddać refleksji relację pomiędzy dotykiem a komunikacją i milczeniem, możliwość wirtualnego dotyku i technologię jako niespodziewaną towarzyszkę dotyku. Koniec końców, chciałabym zastanowić się nad możliwością intymności bez dotyku – intymności na dystans. Bowiem właśnie w związku ze zmianą sposobów bycia ze sobą osób zamieszkujących (nieraz małe) przestrzenie dotyk zaczyna zyskiwać widzialność dotychczas nieobecną lub ledwie obecną w dyskursie bliskości. Na co dzień nie zwracamy uwagi na to, w jaki sposób podajemy dłoń na spotkaniach, w jaki sposób przytulamy się do przyjaciół. Rutyna dotyku i jednocześnie jego niepomijalna obecność sprawiają, że jest on niejako widmowym towarzyszem naszych codziennych czynności. Patrząc jednak z perspektywy własnych doświadczeń, gromadzonych podczas przymusowego zamknięcia w niewielkim mieszkaniu z partnerką i naszymi dwoma kocimi towarzyszami, nie mogę dłużej opisywać dotyku jako niewidzialnego aktanta. Podczas pandemii każdy drobny gest wydawał się bowiem zyskiwać nowe miejsce na scenie intymności, nieraz odgrywając wręcz główną rolę.

                                                                                                       

Dzięki technologii VR i rozwiązaniom jej towarzyszącym pojęcie dotyku (do którego jeszcze powrócimy) rozszerzyło się: to, co w powszechnym rozumieniu było najbardziej materialne i niemożliwe do zapośredniczenia przez maszyny, dzisiaj jest ich głównym przedmiotem. Nie tylko gry i przemysł rozrywkowy (choćby kina 5d) rozwijają się w ten sposób, ale także cybernetyczna praca seksualna czy fizjoterapia (symulacje codziennych czynności dla osób po wypadkach lub z różnymi niepełnosprawnościami fizycznymi). Od dawna mówi się o roli internetowych wspólnot w procesie socjalizacji osób w różnym wieku, o tym, że relacje zapośredniczone przez technologie mają równie istotny wpływ emocjonalny jak te, które zawierane są bez tego rodzaju zapośredniczenia.

   

Hakim Bey pisał dekady wcześniej o rewolucyjnych możliwościach wirtualnego, spontanicznego zrzeszania, co tylko wydają się potwierdzać przypadki takich rewolucji jak Wiosna Ludów w Afryce Północnej czy zupełnie niedawne zamieszki na tle rasowym w Stanach Zjednoczonych. Bey podkreśla, że tego typu wydarzenia są tymczasowe – insurekcyjne – do czego w znacznej mierze przyczynia się rozwój nowych technologii[4]. Antysieci, wydarzenia na portalach społecznościowych, w końcu strony poświęcone wymianie rzeczy czy usług są nowymi działaniami skupionymi wokół międzyludzkiego współdziałania i aktywizmu. Mogą być oczywiście łatwo przechwycone przez kapitał (przykład chociażby Ubera), ale mogą także rozszerzyć pole autonomii zaangażowanych w nie osób, czego najlepszym przykładem wydają mi się grupy samopomocowe. Na portalach społecznościowych takich jak Facebook (zwłaszcza tam) znaleźć można tysiące liczniejszych i mniej licznych grup zrzeszających ludzi wokół jednego tematu: począwszy od kwestii właściwie błahych (na przykład koty i opieka nad nimi, naturalne kosmetyki, recepcja określonej serii książek), poprzez kwestie ważne dla bardzo konkretnych uczestników (grupy mieszkańców jednego osiedla czy dzielnicy, a także grupy tworzone dla fanów danego bloga albo fanpejdża), skończywszy na grupach zaangażowanych społecznie, związanych choćby z partiami politycznymi i ruchami społecznymi.

                                                           

Co więcej, kategoria prawdziwości czy jakakolwiek hierarchia stawiająca wyżej relacje i działania niezapośredniczone przez technologie powoli przestaje mieć rację bytu we współczesnym dyskursie. Dzięki zapośredniczeniu technologicznemu jednocześnie możliwe staje się myślenie o intymności i bliskości bez dotyku, na dystans. Z jednej strony mamy do czynienia z coraz prężniej rozwijającą się branżą gadżetów umożliwiających przeniesienie analogowych (dotykowych) doświadczeń w świat wirtualny, czego dobrym przykładem są chociażby opaski wywołujące ból, testowane przez graczy i graczki; z drugiej zaś stykamy się z coraz bardziej ugruntowanymi w naszej codzienności społecznościami internetowymi, w których członkowie i członkinie nazywają siebie przyjaciółmi, mimo iż nigdy nie spotkali się poza forum, nie wymienili uścisków.

    

Puig de la Bellacasa w książce Matters of Care zwraca uwagę na konieczność przywrócenia dotyku oraz materialności wnoszonej przez ów dotyk do naszych relacji z innymi aktorami w świecie. Wzrok jest zbyt uwikłany w racjonalistyczny, antropocentryczny paradygmat nauk szczegółowych i w przeświadczenie o możliwości istnienia niezaangażowanego, obiektywnego podmiotu badającego, podczas gdy dotyk zwraca naszą uwagę na cielesność intra-akcji zachodzących między nami a ludzkimi i nieludzkimi aktorami[5]. Dotykanie, będące czynnością zwrotną (dotykać oznacza także być dotykanym przez coś innego[6]), jednocześnie pociąga nas do odpowiedzialności: nasza relacja z innymi aktorami jest zawsze jakąś zmianą, zachodzącą w nas, w nich albo w towarzyszącej nam rzeczywistości.


Taki stan mocno podkreśliła szczególna rzeczywistość pandemii: w wyniku brakującego dotyku bliskich, przy jednocześnie wymuszonym niekiedy kontakcie na niewielkiej powierzchni mieszkalnej, diametralnie zmieniło się samo odczuwanie własnego ciała w przestrzeni. Dotychczas nie zawsze zauważana cielesność na dobre zagościła w codzienności mojej, partnerki czy naszych przyjaciół. Zauważyłam, że po tygodniach spędzonych razem w niewielkim mieszkaniu były dni, w których w ogóle nie miałyśmy ochoty nawet otrzeć się o siebie. Z kolei witając się z dawno nieodwiedzanymi znajomymi, przytulałam się do nich dużo częściej. Zauważyłam też powstanie szczególnych gestów, nowych kodów bliskości: Rudolf zaczął przychodzić do mnie wzywany kilkoma delikatnymi uderzeniami w kanapę lub łóżko; moja partnerka odnalazła nowe onomatopeiczne dźwięki, które doprowadzały mnie do szału jako osobę wyjątkowo wrażliwą na bodźce słuchowe. Zauważyłam też zmianę w rutynowych gestach i komunikatach: obie stałyśmy się trochę bardziej wokalne, znacznie częściej zaczęłyśmy też konfrontować nasze potrzeby i dyskomforty.


Publiczne/prywatne


Wydaje mi się, że przesunięcie podziału na to, co publiczne i prywatne, zostało odkryte na nowo w czasie pandemii, w wyniku rządowych decyzji podjętych w ramach tej specjalnej sytuacji. Powróciły do nas z całą mocą pytania o relację pomiędzy kategorią intymności a kategorią prywatności. W rzeczywistości przymusowej samoizolacji i dystansu społecznego (nowego terminu będącego kalką z angielskiego social distancing, jak ciekawie analizuje tę kwestię Agamben[7]) jesteśmy zmuszeni do przestrzeni domowej przenieść także inne płaszczyzny naszego życia, chociażby nauki czy pracy. Szczególnie ta ostatnia – również emotional labour – powinna zostać ponownie przemyślana.

                                           

Podział na prywatne i publiczne był niesamowicie ważny dla klasycznej filozofii społecznej od Arystotelesa po Hannah Arendt. Jednocześnie został zakwestionowany już wcześniej przez feministyczne filozofki wskazujące na to, iż niebezpiecznie włącza on kobiety do strefy prywatnej, a zatem tej, która zostaje pozbawiona słyszalnego politycznie głosu[8]. Tylko to, co publiczne, może być polityczne wedle tradycyjnego podziału, może prowadzić otwarty i słyszany przez wspólnotę dyskurs o tym, co ważne. Strefa prywatna to strefa ciszy pozostająca tajemnicą dla wszystkich spoza niej. Sama zaś budowana jest w ramach edypalnego trójkąta rodzinnego bądź w inny sposób, zmniejszający liczbę uprawnionych do niej podmiotów. Funkcjonuje ona jako strefa tajemnicy, chroniona przed zewnętrzem, a wręcz stanowiąca przedmiot wstydu poza domową przestrzenią. Ze względu na to, jak bardzo obszar ten jest związany z domem, z rodziną, staje się on jednocześnie strefą, z której tak trudno wyjść kobietom, sferą obciążoną przez tradycyjny podział nie tylko obowiązków czy symboli, ale także rzeczy i przestrzeni. Utrzymaniu tego podziału służyła zarówno dotychczasowa kultura, jak i sposób, w jaki budujemy i gospodarujemy ową przestrzenią mieszkalną, na co ciekawie zwracał uwagę już Michel Foucault[9]

                                           

Można powiedzieć, że to właśnie na tej linii przebiega dzisiaj krach. Pandemia zmusiła nas do uważniejszego przebywania w naszych domach, a w konsekwencji do przemyślenia na nowo jego organizacji i miejsca w większej strukturze wspólnoty. Przez to, że dom – dotychczas jasno i jednoznacznie kojarzony ze strefą prywatną – z konieczności przeobraża się także chociażby w miejsce pracy (dla tych uprzywilejowanych mogących pozwolić sobie na pracę zdalną), wkracza on tym samym do strefy publicznej. Jasny podział zostaje zatarty i zastąpiony przez sieć relacji oraz zmiennych cech przypisywanych znanej przestrzeni. Biurko stanowi jednocześnie miejsce nauki i pracy, kanapa w salonie – relaksu i pracy, łóżko – nauki i relaksu. Trudno jest powtórzyć jednoznaczny i sterylny, tradycyjny podział na prywatne i publiczne. W sposób oczywisty naraża nas to również na otwarcie furtki do jeszcze dalej postępującego wyzysku naszego czasu wolnego i kapitalizacji produktywności za wszelką cenę (przecież przed komputerem jesteśmy nieraz i 20 godzin dziennie, powinniśmy więc zawsze być w gotowości do odczytania wiadomości od szefa lub odebrania telefonu od księgowej). Idąc dalej, wydaje mi się, że taka sytuacja otwiera metafizykę na przesunięcie już nie tylko z perspektywy feministycznej czy podporządkowanych innych, ale także ze względu na wyjątkowo łatwe przemieszanie się przestrzeni dotąd uznawanych za odrębne. 

                    

Pojawiają się również inne możliwości i pęknięcia w obrazie myśli, które warte są eksploracji, jak chociażby kryzys jednostki jako indywidualności. Rozpada się podział na publiczne i prywatne oraz związane z nim liberalne rozumienie jednostki. Zamiast tego mamy raczej do czynienia z siecią relacji, co uświadamiamy sobie choćby poprzez kończące się zasoby naturalne czy długie łańcuchy zależności ekonomicznych i gospodarczych. Jak pisała wymieniona wcześniej Donna Haraway, nie możemy już dłużej myśleć o podmiocie jako o jednostce otoczonej przez podporządkowane sobie lub niezależne rzeczy. Dzisiaj uświadamiamy sobie, że „ja” jest przede wszystkim relacyjne, a także zmienne, ze względu na napotykanych w sieci innych aktorów: ludzkich, nieludzkich, materialnych, niematerialnych i tak dalej. Granice podmiotu stają się rozmyte i choć może zawsze takie były, dopiero teraz możemy w pełni to zauważyć. Dlatego też zamiast sprawować (pozorną) władzę nad ziemią, tak naprawdę okazujemy się od niej, od związanych z nią czynników przyrodniczych i społecznych, uzależnieni. Jesteśmy przez nie kształtowani na równi z tym, jak sami na nie oddziałujemy. Jednocześnie liberalna wartość indywidualizmu okazuje się jedynie pięknym mitem, bo nasze ciała zaprzęgane są do nieustannej pracy i w jej ramach pozostają rozumiane oraz określane. Człowiek nowoczesny wydaje się rozciągnięty między dwiema wartościami: z jednej strony indywidualizmem, a z drugiej – tłumem. Zapomina się natomiast o wartości wspólnoty i immanencji.



 

Anna Celska, studentka filozofii oraz socjologii stosowanej i antropologii społecznej w ramach Kolegium MISH na Uniwersytecie Warszawskim. Słuchaczka studiów podyplomowych Gender Studies w IBL PAN. Nauczycielka filozofii i etyki w liceum ogólnokształcącym. Obecnie przygotowuje pracę magisterską dotyczącą pozapaństwowych form zrzeszania się wspólnot, a wcześniej obroniła licencjat z filozofii skupiający się na pojęciu masochizmu u Gilles’a Deleuze’a. Zainteresowana filozofią społeczną, zafascynowana queer theory, gender studies i nowym materializmem.

 




[1] G. Tarde, Social Laws: An Outline of Sociology, przeł. H. C. Warren, https://socialsciences.mcmaster.ca/econ/ugcm/3ll3/tarde/laws.pdf, 30 maja 2020.

[2] M. P. de la Bellacasa, Matters of Care: Speculative Ethics in More Than Human Worlds, Minneapolis – London 2017.

[3] Ibidem, s. 91-92.

[4] H. Bey, Tymczasowa strefa autonomiczna, Kraków 2010, s. 30-31.

[5] M. P. de la Bellacasa, op. cit, s. 97.

[6] Ibidem, s. 99.

[7] G. Agamben, Dystans społecznyhttps://www.facebook.com/SeriaTikn/posts/828249261031419?__tn__=K-R, 15 czerwca 2020.

[8] Na przykład za: C. Hanisch, The Personal is Politicalhttp://web.archive.org/web/20071012101236/http://scholar.alexanderstreet.com/pages/viewpage.action?pageId=2259

17 czerwca 2020.

[9] M. Foucault, Wola wiedzy, w: idemHistoria seksualności, przeł. B. Banasiak, K. Matuszewski, t. 1, Warszawa 2000.

Comments