Teoria wobec jednostkowego spotkania z tekstem,

czyli do czego służy filozofia interpretacji

 

Dominik Antonik

 

Temat interpretacji inspiruje niekończącą się dyskusję na temat specyfiki relacji czytelnika i tekstu. Każda orientacja krytyczna nakłada na czytelnika odpowiednie powinności i wyposaża go w szereg możliwości, zaś literaturze nadaje odpowiedni status ontologiczny, określając na przykład jej istotę i mechanizm wytwarzania sensu lub też wskazując na brak tych elementów. Najzacieklejszy spór toczy się między esencjalistami i pragmatystami i, jak słusznie zauważa Markowski[1], nie zmierza on do wyłonienia zwycięzcy, bo przedmiotem sporu jest nie literatura, ale obrany światopogląd, którego zasadność nie poddaje się argumentacji, a zewnętrzne kryteria oceny nie istnieją. Choć walka między różnymi koncepcjami jest pozorna i bezowocna, świadoma jałowość sporu nie zmniejsza towarzyszących mu emocji. Każdy głos w tej dyskusji wywołuje lawinę kolejnych, ale wypowiadanych w innym języku, formułowanych w obrębie innego paradygmatu, przez co nie zmierzają one do porozumienia. Dyskutanci chcą udowodnić słuszność swoich stanowisk i nie przebierają w środkach – ich wypowiedzi nie są wolne od manipulacji i co ciekawe, im więcej w nich odwołań do wartości, sprawiedliwości, racjonalności, umiarkowania, porządku i społecznego porozumienia, tym bardziej nieczystych środków perswazji używają. Pozwala to rozpatrywać dyskusję o interpretacji na tle szeroko rozumianej polityczności, co przypomina jak silnym medium jest literatura i jak skutecznym środkiem do osiągnięcia różnych celów może ona być. Granice wyznaczone interpretacji są próbą kontroli jej znaczeniowego potencjału, który może zostać wykorzystany tak samo do legitymizacji porządku, jak i do podważenia panujących wartości, do stabilizacji znaczenia i prawdy lecz również do rozmycia wszelkich fundamentów, do kontroli i potwierdzania kulturowego uniwersum, ale też do jego destabilizacji i zmiany, do umacniania poczucia skończoności i ładu, lub otwarcia dyskursu na niebezpieczeństwo. Okazuje się jasne, że nie chodzi o odpowiedź na pytanie co dany tekst znaczy, ale o narzucenie takich kryteriów interpretacji literatury i rzeczywistości, które zapewnią stabilność określonemu światopoglądowi.

Jedna z istotnych dyskusji na temat interpretacji przetoczyła się w 1990 roku w Cambridge w ramach wykładów Tannera, których celem jest „rozwój refleksji nad wiedzą humanistyczną i przyrodniczą związaną z ludzkimi wartościami i wartościowaniami[2]”. Statut ten doskonale wpisuje się w temat dyskusji i odpowiada temu, co zostało już w tym szkicu powiedziane – dyskusja na temat interpretacji dotyczy nie tyle znaczenia, co wartości i przekonań, tego jak patrzymy na świat i co chcemy w nim zobaczyć[3]. Chciałbym przyjrzeć się bliżej wykładom Umberto Eco, zastanawiając się na ile trafna i spójna jest proponowana przez niego koncepcja, czy wprowadzane przez niego kategorie są operatywne i ułatwiają rozumienie działania literatury, czy mówią cokolwiek na temat jednostkowego spotkania czytelnika z tekstem i czy w ogóle mają coś wspólnego z literaturą.

* * *

Eco, chcąc wyznaczyć granice interpretacji i określić co z tekstem można zrobić, a co jest ingerencją zupełnie nieusprawiedliwioną, wpisze ją w wewnętrzny mechanizm komunikacyjny i zdeterminuje właściwościami tekstu. W istocie Eco interesuje się nie tyle interpretacją, co rozumieniem tekstu, czyli komunikacyjnymi warunkami, które muszą zajść, by komunikat został fortunnie zdekodowany. W takim ujęciu na drugi plan schodzi ekspresyjny charakter literatury i rozpatrywanie jej jako zapisu jednostkowego doświadczenia, a tekst okazuje się „mechanizmem, który ma za zadanie wytworzyć swego modelowego czytelnika” [IN, s.63], co gdzie indziej, językiem dla literatury jeszcze bardziej przyjaznym, Eco nazywa „tworem syntaktyczno-semantyczno-pragmatycznym; przewidywana interpretacja stanowi część jego planu generatywnego[4].

Podstawowa teza wyłaniająca się z teoretycznej pracy Eco jest taka, że czytelnik odgrywa kluczową rolę w wytwarzaniu sensu, ale nie wszystko mu wolno, bo sterowany jest wewnętrznym mechanizmem tekstu i w istocie jest „tylko aktorem stawiającym domysły co do postulowanego przez tekst rodzaju czytelnika modelowego” [IN, s. 63]. Zadaniem czytelnika jest zatem odsłonięcie semiotycznej strategii, która z ukrycia steruje przebiegiem lektury i odegranie tworzonego przez nią modelu komunikacyjnego. Pozwala to Eco uratować autonomiczność literatury, bo w tym ujęciu interpretacja nie jest narzucona z zewnątrz, ale zaprogramowana przez sam tekst. „Tekst jest urządzeniem do produkcji własnej wykładni[5].

By uzyskać taki stabilny model komunikacyjny, Eco musi dokonać założeń wcale nieoczywistych, a wszelkie mankamenty swojej teorii będzie starał się ukryć w ogólnym toku wywodu. Włoski semiotyk gra nie do końca czysto i słusznie Markowski zauważa, że jego teksty teoretyczne niewolne są od manipulacji. Eco „tak szybko i z wdziękiem przekłada kolejne elementy swojej teoretycznoliterackiej układanki, że trudno się w tym zawirowaniu połapać[6]”. Spróbuję prześledzić koncepcję Eco krok po kroku i wskazać punkty, w których jego podbudowana etyką teoria okazuje się niespójna, arbitralna i zbudowana na skrywanym resentymencie: „jak uczynić tekst jednoznacznym, wyznaczyć ramy interpretacji i sprowadzić ją do tego, co tekst znaczy, odwołując się jedynie do wewnętrznych relacji tekstu, a nie jego autorskiej legitymizacji”.

W artykule Czytelnik modelowy Eco przenosi model komunikacyjnych uwarunkowań pragmatycznych, które wynikają z różnicy kodów nadawcy i odbiorcy, na tekst literacki. O ile przy komunikowaniu się twarzą w twarz mamy do czynienia z wielopoziomową działalnością semiotyczną, w której zawsze można komunikat doprecyzować i uniemożliwić odbiorcy błędne zrozumienie wypowiedzi, „tekst jest wytworem, którego los interpretacyjny musi stanowić część jego własnego mechanizmu generującego: generowanie tekstu oznacza zastosowanie strategii, w której skład wchodzą przewidywania co do posunięć innych osób” [CM, s. 291]. Wynika z tego założenie wcale nieoczywiste, że autor pisze tekst z myślą o swoim czytelniku i postępuje tak, by uniemożliwić mu błędne odczytanie swojej wypowiedzi. Autor musi być strategiem szczególnie skrupulatnym, bo stawiając ostatnią kropkę straci nad tekstem kontrolę i nie będzie mógł korygować błędnych, przypadkowych odczytań, jako dobry strateg musi liczyć się ze wszelkimi niezaplanowanymi zdarzeniami.

„Owa odnoga jeziora Como”: a jeśli trafi mi się czytelnik, który nigdy nie słyszał o jeziorze Como? Muszę postępować w taki sposób, by nadrobić to później, na razie stwórzmy pozory, jak gdyby Como było flatus vocis, takim jak Xanadou. […] Czytelnik mający braki w swym zasobie wiedzy prędzej czy później zostanie przychwycony. [CM, s. 292]

Autor musi dbać o to, by każde jego wyrażenie i odniesienie do zasobu wiedzy było takie, jakie przypuszczalnie jego czytelnik modelowy będzie w stanie zrozumieć [CM, s. 292]. Również teksty otwarte nie do końca pozwalają na interpretacyjną dowolność, bo i ta jest zaplanowana przez autora, który „decyduje […], do jakiego stopnia musi kontrolować współdziałanie ze strony czytelnika i gdzie należy je pobudzić, dokąd kierować, gdzie ma ono przekształcić się w nieskrępowaną przygodę interpretacyjną [CM, s. 295]. Z przekonania że tekst jest spójny i że posiada znaczenie, wynika również niezgoda na istnienie wykluczających się interpretacji, w tekście otwartym chodzi bowiem o to, „aby niezależnie od ilości możliwych interpretacji jedna stawała się echem drugiej, tak aby się nie wykluczały, lecz przeciwnie, by się wzajemnie wzmacniały” [CM, s. 295].

Wszystko, co Eco pisze o autorskiej strategii, tworzonej z myślą o współdziałającym z nią Czytelniku Modelowym, ewokuje obraz autora, który, rozglądając się podejrzliwie, czy nikt jego poczynań nie szpieguje, skrobie tekst, rechocząc i zacierając ręce na myśl w jakie maliny swojego czytelnika wpuści, zakładając jednak istnienie czytelnika modelowego, który wyłapie wszystkie wskazówki i wyjdzie z tekstowego labiryntu bogatszy o sens.

Eco przyznaje jednak, że nawet najsprytniejszy i najinteligentniejszy autor nie jest w stanie przewidzieć wszystkich możliwych konotacji swojego tekstu i interpretacji na innym, niż przewidział, poziomie. Doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że znaczenie tekstu, po napisaniu pierwszego słowa, zaczyna dryfować we wszystkich kierunkach naraz, ale, choć nie mówi tego wprost, z przytaczanych przez niego przykładów jednoznacznie wynika, że bagatelizuje tę właściwość języka, uznając ją za skutecznie poskromioną przez strategię autora, zmierzającą do porozumienia. Eco oczywiście wie, że istnieją teksty, w obliczu których jego teoria oparta na modelu komunikacyjnym musi skapitulować i świadomie wybiera tylko takie przykłady, które ilustrują jego tezy. Tak wygląda jego postępowanie dowodowe i trudno z tego czynić zarzut, jednak należy zauważyć, że jest to dowodzenie czysto pragmatyczne – Eco udowadnia to tylko, co korzystne jest dla jego teorii i do czego może przekonać czytelnika – a pragmatyzm jest dla Eco odwiecznym i największym wrogiem. Ale jeśli pragmatystą nazywa się tego, kto wnioskuje pragmatycznie, nie ukrywa tego, a nawet się tym szczyci, to kogoś, kto używając tych samych metod argumentacji, stara się wmówić czytelnikom, że formułuje wnioski obiektywne, trwałe i tłumaczące działanie całej literatury, należy nazwać manipulantem. Eco nie tylko usuwa z obszaru dowodzenia teksty, które dla innych bywają prototypowym desygnatem „prawdziwej literatury”, czy „czystego aktu pisarskiego”, ale wspiera się pojęciami ze swojego ulubionego – wartościującego – repertuaru i z właściwą sobie brawurą, która odsuwa uwagę od tego radykalnego założenia, mówi, że tak nakazuje umiar, zdrowy rozsądek i pragnienie normalności.

Wiem, że istnieją teksty z poetyki, których zamiarem jest wykazanie, iż interpretacja może być nieskończona. Wiem, że Finnegans Wake zostało napisane dla idealnego czytelnika cierpiącego na idealną bezsenność. Wiem jednak również, że chociaż markiz de Sade poświęcił całą swą twórczość ukazaniu wszystkich możliwości, jakie stwarza seks, większość z nas zachowuje większy umiar. [IN, s. 41]

Ten błyskotliwy żart kosztował literaturę jeśli nie jej całkowitą anihilację, to z pewnością większą część poezji i wszystko to, co swych źródeł szukać by mogło w twórczości Mallarmégo. Załóżmy jednak, że żart był tego wart i idźmy dalej.

Autor, obmyślając swoją strategię, może uniemożliwiać niektóre semantyczne połączenia, ale nigdy nie zapobiegnie wszystkim niezaplanowanym znaczeniom, jakie tekst konotuje. Tekst, który autor planuje, w rezultacie okazuje się innym od jego oczekiwań. Eco wyciąga z tego bardzo ważne i słuszne teoretyczne wnioski, ale jednocześnie obudowuje je takimi przykładami, które ilustrują nie tylko semantyczny naddatek, lecz również podstawową tezę, że literatura, jako komunikat, zbudowana jest z kodów, które odsyłają do jej spójnego znaczenia i nie można mówić o interpretacji odwleczonej w nieskończoność.

Jako przykład Eco podaje między innymi możliwość nieuważnego użycia przez autora słowa „rosyjski”, odnoszącego się do ZSRR, z czego czytelnik może wyciągnąć wniosek (o ile nie zaprzeczą mu inne składniki tekstu), że wypowiadający jest uprzedzony do tego politycznego tworu. Ciekawsze są przykłady, w których Eco komentuje poczynania niektórych interpretatorów z Imieniem róży i Wahadłem Foucaulta. Przyznaje, że jako autor wielu pomysłów interpretacyjnych nie przewidział, ale już jako Czytelnik Modelowy własnej powieści zbija je jako nadinterpretacje, pomysły nieistotne, a z pewnością tropy nieprowadzące do ciekawych wniosków, które mogłyby interpretację jego książek wzbogacić[7]. [IN, s. 72-82]

Autor popełnia błędy, może choćby źle przewidzieć kompetencje czytelnika modelowego. Eco przywołuje tutaj autora, który pisał powieść dla eleganckiej publiczności, a ta odbiła się echem wśród plebsu, przyczyniając się do społecznego fermentu, który zaowocował rewolucją francuską. W tym wypadku autor miał to szczęście, że była to powieść odcinkowa i widząc, co się dzieje, mógł ponownie wziąć za dzieło odpowiedzialność. Tak też zrobił – dalszy ciąg pisał z myślą o proletariacie jako czytelniku modelowym, a wzburzone emocje łagodził morałami, „po to, by przekonać te <<niebezpieczne>> warstwy, które on rozumie, lecz się ich obawia, aby opanowały własną rozpacz, pokładając nadzieję w sprawiedliwości i dobrej woli klas posiadających” [CM, s. 294-295]. Rewolucja wybuchła, jednak, jak pisze Eco, nie dlatego, że znaczenie książki zawierało i taką możliwą aktualizację, i takiego Czytelnika Modelowego autor przewidywał, ale dlatego, że zlekceważone zostały fragmenty moralizujące, czyli dokonano użycia tekstu. Świadczy to o tym, jak ma się rekonstrukcja tego, co tekst miał do przekazania, do rzeczywistego oddziaływania literatury na czytelników.

Wszystkie tego typu potknięcia empirycznego autora, nieprzewidziane konotacje, których Eco konsekwentnie woli nie nazywać naturalną właściwością literatury, ale rezultatami „nieuwagi”, „lekkomyślności”, „przyzwyczajenia” autora [CM, s. 300], czy jego „niedoboru inteligencji” [IN, s. 81] zmuszają Eco do zobiektywizowania podmiotów literackiej komunikacji (autora i czytelnika) do figur strategii tekstowej (Autor Modelowy i Czytelnik Modelowy). Wprowadzając w połowie wywodu te zobiektywizowane figury, Eco nie wyjaśnia jak się do tego mają te wszystkie skrupulatnie opisane przez niego zabiegi autora w tworzeniu strategii, która ma przeprowadzić czytelnika przez tekst. Jest to o tyle istotne, że wprowadzenie Autora Modelowego, odpowiedzialnego za wszystkie możliwe konotacje, nie tylko eliminuje autora empirycznego z komunikacyjnej relacji, ale zaprzecza możliwości istnienia jakiejkolwiek strategii, ta bowiem nigdy się nie realizuje, tekst zawsze mówi więcej, niż autor chciał przekazać. Uważam jednak, że nie po to połowę swojego artykułu Eco poświęcił strategiom komunikacyjnym empirycznego autora, by później całkowicie usunąć go kosztem wprowadzenia Autora Modelowego, nie tłumacząc, dlaczego zajął czas swojego czytelnika wykładem koncepcji zupełnie pozbawionej sensu. Miał w tym Eco swój cel i choć w wielu miejscach podkreśla, że intencja autora jest nieistotna w odkrywaniu znaczenia tekstu, to autor nie bez powodu pojawia się na początku wywodu, będąc wyjściem do całej koncepcji. Autor był Eco potrzebny do wpisania interpretacji w komunikacyjny model, bo taki nie może funkcjonować bez nadawcy i właściwej mu intencji bycia zrozumianym, która w konsekwencji każe uznać, że tekst ma do przekazania coś, co należy odczytać.  Eco zależy na przeniesieniu komunikacyjnych właściwości do wnętrza tekstu, bo to nadałoby znaczeniu absolutną autonomię. Uważam jednak, że płynne przejście od koncepcji autora, skrupulatnie budującego strategię porozumienia, do koncepcji wewnątrztekstowej figury Autora Modelowego, która wynika z niewspółmierności intencji autora empirycznego i znaczenia tworzonego przez niego tekstu, a mimo to odpowiada za spójny komunikat,  jest subtelną manipulacją. Na przecięciu intencji autora, wpisanej przez niego w komunikacyjną strategię wypowiedzi i jego tekstu, który wyraża więcej, niż autor chciał powiedzieć, Eco odnajduje nie komunikacyjną porażkę, ale niezależny od zewnętrznych czynników tekst, który posiada spójne znaczenie. Jak z pragnienia bycia zrozumianym i wiecznej komunikacyjnej porażki dochodzi do wytworzenia tekstu Autora Modelowego, w którym zniesieniu ulegają wszystkie napięcia i przeciwności, zrozumieć prawdopodobnie potrafią tylko Hegel i Eco.

Oczywiście tekstowa figura Autora Modelowego jest jak najbardziej uzasadniona - to ona odpowiada za interpretacyjne pomysły, nawet jeśli są to mylne tropy i za wszystkie odpryski znaczenia, których autor nie chciał sugerować. Ale jeśli ta rozedrgana wieloznaczność przezwyciężana jest przez intentio operis – zamiar dzieła, jego strategia semiotyczna, spójność tekstu jako całości, kryjąca się w samym tekście, a nie wynikająca ze strategii autora[8] – to nie wynika to z przeniesienia zasad sytuacji komunikacyjnej do wewnętrznej i niezależnej strategii tekstowej, ale z założenia o istocie intentio operis. Założenia arbitralnego, bo ze względu na właściwości tej figury, nie może ona być pochodną relacji autor – tekst, która, jak sam Eco przyznaje, prowadzi do nieporozumienia, bowiem znaczenie tekstu nie poddaje się autorskiej kontroli, przez co nie sposób mówić o jego spójności. Wynikanie prowadzące od sytuacji komunikacyjnej do zamkniętego tekstu, który jest spójny i zawiera w sobie zobiektywizowane podmioty tej relacji jest fałszywe. Eco tylko markuje logiczne wynikanie i manipuluje nim, by uczynić swoją koncepcję „oczywistą”, ale w istocie opiera się ona na arbitralnym założeniu o istocie tekstu (intentio operis), które nie poddaje się argumentacji[9].

Czym jest spójność tekstu, która funkcjonuje jako strategia semiotyczna (intentio operis) i czy da się ją wyjaśnić inaczej, niż niepoddającym się argumentacji założeniem? Byłoby to możliwe, gdyby chodziło o uspójnienie tekstu przez czytelnika, tak, jak rozumie to Rorty. „Spójność tekstu jest niczym więcej jak faktem, że ktoś znalazł coś ciekawego do powiedzenia o grupie znaczków lub dźwięków: znalazł taki sposób opisania tych znaczków i dźwięków, który odnosi je do innych, interesujących nas rzeczy” [IN, s. 96]. Im większy obszar tekstu to uspójnienie pokrywa, tym bardziej przekonująca jest interpretacja. Ta pragmatyczna koncepcja, choć logiczna i wytłumaczalna, budzi jednak sprzeciw Eco, jak wszystkie inne dowartościowujące rolę czytelnika w interpretacji, dlatego włoski semiotyk za wszelką cenę myśl o wewnętrznej spójności tekstu będzie się starał utrzymać.

Koncepcja interpretacji, zmuszona zrezygnować z kryterium gwarantującego pewność a pochodzącego spoza tekstu, musi oprzeć swoją argumentację na dodatkowym założeniu, tym razem dotyczącym samego tekstu. Takim mianowicie, że 1) teksty posiadają pewną naturę, istotę, eidos itd. i że 2) jest nim właśnie spójność[10].

Konsekwencje tego założenia są dalekosiężne i przypuszczam, że Eco nie brał ich w całości pod uwagę. Jeśli bowiem teksty definiowane są przez spójność (wewnętrzną relacyjność), teksty niespójne nie są tekstami, a interpretacja dowodząca owej niespójności nie jest interpretacją, ale użyciem[11]. Jest to teoretyczne sito, które oddziela zapędy poststrukturalistów od właściwej interpretacji, na czym zawsze Eco zależało, ale przy okazji bardzo zawęża „naturę” tekstów przez niego postulowaną, jeśli założenie to w ogóle literatury z obszaru jego zainteresowań nie usuwa. Bowiem tak rozumiane teksty literackie to tylko te, które można zinterpretować, a zinterpretować, to odkryć intentio operis, jedyną zaś zasadą potwierdzającą trafność interpretacji jest zasada koherencji, „sprawdzenie domysłu z tekstem jako spójną całością” [IN, s. 64]. Jednak nie chodzi tu o zasadę, że o trafności interpretacji decyduje zgodność z tekstem, z którą trudno się kłócić, bo dzięki niej można odrzucić błędne czy arbitralne interpretacje, ale o jej przeformułowanie na: „trafność interpretacji zależy od jej niesprzeczności z całością tekstu. Ta z kolei sensowna jest o tyle, o ile założymy, że do istoty tekstu należy jego spójność i kompletność. Z tego zaś wynika, że interpretacja albo jest całościowa (bo pokrywa sobą cały tekst), albo nie ma jej wcale[12]”.

Literatura jest całkowicie zrozumiała, co znacznie ją zbliża do potocznej komunikacji. „Pozwolę sobie na chwilę zamazać różnicę między tekstami literackimi a tekstami potocznymi” [IN, s. 27] – pisze Eco i słusznie Markowski zauważa, że ta chwila nigdy się nie kończy. Z zamazania tej różnicy wynika, że literatury się nie opisuje, nie mówi się o niej, ale rozumie[13] się ją, tak jak każdy komunikat[14]. Podkreślanie niewspółmierności języka literatury i języka opisu według koncepcji Eco nie ma sensu, bo metajęzyk w gruncie rzeczy nie istnieje: tekst = komentarz.

Krytykując krytykę metajęzyka […] Eco robi to, co zawsze: tak szybko przechodzi od argumentacji dotyczącej literatury do argumentacji dotyczącej świata i języka potocznego, że ostatecznie nie tylko zostaje zamazana różnica między tekstami literackimi a repliką w ulicznym dialogu, […] ale wręcz wszystkie argumenty przeciwko interpretacyjnej dowolności zostają zaczerpnięte ze sfery codziennej, potocznej komunikacji[15].

W taki oto sposób Eco „udowadnia”, że literatura rozumiana jako écriture[16], „tradycyjne” mimetyczne pisarstwo i potoczny komunikat podlegają tym samym prawom rozumienia, bo tekst jest spójny, a komunikat znaczy, co znaczy i jest to oczywiste.

Skoro istotą tekstu jest spójność, to zadaniem czytelnika jest odkrycie intentio operis, tożsamego z tym „co tekst mówi mocą swej spójności i systemu oznaczania” [IN, s. 63]. Odkrycie tego, co tekst jako strategia chce powiedzieć, pozwala go zrozumieć, ale też rozróżnić rezultaty spotkania z tekstem na interpretacje i użycia. Czy rzeczywiście? Przyjrzyjmy się niektórym z przytaczanych przez Eco przykładów, by sprawdzić, na ile operatywnym narzędziem jest koncepcja spójności tekstu, która „trzyma w ryzach narowy czytelnika” [IN, s. 64].

Wystarczy, by książka Karoliny Invernizio napisana dla turyńskich szwaczek z końca ubiegłego wieku wpadła w ręce najbardziej rozszalałego wielbiciela kiczu literackiego, a stanie się ona jarmarczną prezentacją lektury transwersalnej, […] delektowania się banałem, huysmanowskich upodobań do bełkotliwych teksów. [CM, s. 294].

Ale czy którakolwiek z karkołomnych tez, wyprowadzonych przez Eco z literatury, rozsądzi, czy właściwej interpretacji dokonały szwaczki, czy zrobił to miłośnik kiczu? Obawiam się, że nie. Żadna wewnętrzna właściwość tekstu nie zdecyduje, które odczytanie jest właściwą interpretacją, a tą jest według Eco wersja dla szwaczek zamierzona przez autorkę i pokrywająca się z intentio operis. O tym jednak nie decyduje „wewnętrzna spójność tekstu”, tylko wiedza historycznoliteracka.

Podobnie rzecz się ma z postulatem Borgesa, by przeczytać O naśladowaniu Chrystusa, jak gdyby napisał je Céline. Eco przyznaje, że to ciekawa i twórcza propozycja, ale w rzeczywistości, choć materia tekstu wciąż byłaby ta sama, powstałby inny tekst, bo zakładający innego Autora i Czytelnika Modelowego, niż lektura książki jako średniowiecznej encyklopedii chrześcijańskiej. Zgadzam się, ale byłby to tekst inny nie, jak sugeruje Eco, od jedynej właściwej intencji tekstu, ale od przeciwnej interpretacji. O tym, że pierwsza lektura jest użyciem, a ta druga jest właściwą interpretacją, znów nie decydują wewnętrzne właściwości tekstu, tylko pozatekstowa wiedza o jego pierwotnym przeznaczeniu.

Jeszcze bardziej absurdalnie brzmią komentarze Eco na temat interpretacji wiersza Wordswortha dokonanej przez Hartmana. Badacz ten rozpoznaje sugestie, „które kryją się w języku i za językiem wiersza” [IN, s. 112] i choć jego interpretacja, jak sam Eco przyznaje, oczarowuje i „nie stoi w sprzeczności z […] jawnymi aspektami tekstu” [IN, s. 61], Eco zastanawia się, czy aby na pewno jest usprawiedliwiona. Hartman twierdzi bowiem, że siła wiersza nie wynika z ekspresyjności wyrażeń, ale przeciwnie, z eufemistycznych zastąpień znaczeń, które wiersz wyraźnie konotuje. Dochodzi do wniosku, że ciąg rymowo-znaczeniowy fears, years, hears zostaje sztucznie zablokowany prze nie pasującą tam ostatnią sylabę wiersza: trees, która wrażliwego interpretatora powinna odesłać do bezgłośnie wypowiedzianego słowa: tears. „Wstaw w to miejsce tears, a zrodzi się metafora kosmosu jako żywego organizmu, lament poety przepełni przyrodę jak w elegii pastoralnej” [IN, s. 60].

Problem w tym, że wrażenie, jakie wiersz wywołał na Hartmanie, nie tłumaczy się strukturą znaczeniową materii tekstu, bo, jak zauważa Eco, tears nie jest dokładnym anagramem trees, a „jeżeli zaczniemy opuszczać pewne litery, naruszymy reguły gry” [IN, s. 61]. Eco powiada, że literatura jest grą prowadzoną między tekstem i interpretatorem w oparciu o jasne i niepodważalne zasady, których nie powinien naruszać ani czytelnik, ani autor, bo sprzeczne to będzie z ideą zamkniętości znaczenia w tekstualnej strategii intentio operis, która jest podstawą funkcjonowania literatury.

Eco, rozumiejąc, że przyjęcie tak restrykcyjnych zasad podważy zasadność istnienia świetnych interpretacji, stara się usprawiedliwić wymykające się ze strukturalnego porządku konotacje podświadomością autora, którego, by nie zaprzepaścić zamkniętości tekstu, będącej jego głównym założeniem, ochrzci „mianem Autora Liminalnego lub Autora Progowego” [IN, s. 68].

Ja, czytelnik, nie przypisuję panu Wordsworthowi jawnej intencji; podejrzewam jedynie, że w sytuacji progowej, w której pan Wordsworth już nie był osobą empiryczną, a jeszcze nie był tylko tekstem, zmusił słowa (lub one zmusiły jego) do ustanowienia potencjalnego szeregu skojarzeń[17]. [IN, s. 69]

Jeśli mamy do czynienia z dokładnym anagramem, „jest to przypadek, w którym nie jestem zobowiązany szukać ani intencji autora empirycznego, ani nieświadomych reakcji Autora Liminalnego. Mam przed sobą tekst, mam przed sobą anagram” [IN, s. 70]. Czytelnik oczywiście może poszukiwać pseudoanagramów i rozkoszować się wszystkimi odgłosami, których tekst dostarcza, „lecz w tym punkcie czynność lektury staje się terrain vague, na którym interpretacja i użycie stapiają się ze sobą nierozerwalnie”. [IN, s. 70].

Przy pomocy Autora Progowego Eco stara się przypisać intencji tekstu konotacje niepewne pod względem strukturalnym. Mocno narusza to jego koncepcję, że tekst jest spójny i sam generuje swoją wykładnię, bo zgoda na lekturę, która nie opiera się na twardych zasadach, przez co „nie do końca przekonuje” [IN, s. 61], otwiera tekst na interpretacyjną dowolność, którą Eco tak bardzo właśnie wewnętrznym zasadami tekstu chciałby poskromić.

Włoski badacz w wierszu A Silvia bez problemu odnajduje brzmieniowe konotacje, odsyłające do tytułowej kobiety, co potęguje znaczenie erotyku i tłumaczy subtelne wrażenia, jakie wiersz wywołuje, ale podkreśla zarazem, że nie świadczy to jeszcze o tym, że interpretacja pokrywa się z intentio operis, bo ze względu na specyfikę włoskiego alfabetu odniesień do Silvii równie dobrze można by szukać „w tekście włoskiej konstytucji” [IN, s. 71]. Swoją interpretację wiersza Leopardiego, jak i interpretację Hertmana uznaje Eco za właściwe, choć nie opierają się na twardym materiale dowodowym, lecz na spekulacji na temat Autora Progowego. Jak zatem, skoro w wyjątkowych wypadkach można pozwolić sobie na dozę swobody, odrzucić niektóre lektury jako nieuprawnione użycia tekstu? Eco przywołuje interpretację swojego studenta, który przy pomocy nagiętych praw poetyki odszukał w tekście pseudoakrostychy słowa „melancholia”. Jego działania jednak znacznie przekroczyły granice dozwolonej swobody, bo odnalazł je skacząc po całym tekście i jest „mało prawdopodobne” [IN, s. 71], by wynikały one z intentio operis. Problem w tym, że jeśli odrobinę nagnie się strukturalne zasady, to o granicach nie można mówić wcale, bo nie ma już praw, które pozwoliłyby je ustalić. Można co najwyżej mówić o granicach umownych, a te nie wynikają ze struktury tekstu, ale z tego, czy jakaś interpretacja zostaje uznana przez społeczeństwo, czyli z tego, czy jest przekonująca. Właśnie na takie kryteria powołuje się Eco, uznając lekturę swojego studenta za użycie – sposób, w jaki odnalazł on interesujące go słowo jest zbyt dowolny, by mówić o istniejących w tekście akrostychach, za bardzo narusza reguły gry, poza tym trudno podejrzewać autora „o marnowanie cennego czasu na ukryte przekazy, skoro był tak bardzo zaangażowany poetycko w wyraziste oddanie swojego nastroju innymi środkami językowymi” [IN, s. 71]. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że całe dzieło teoretyczne Eco jest upartym udowadnianiem, że tekst jest autonomiczną jednostką znaczeniową i niepotrzebna jest dodatkowa – zewnętrzna – weryfikacja interpretacji, skoro intencja tekstu mówi sama za siebie. Ostatecznie Eco znów powołuje się na kryterium sprzeczne z koncepcją intentio operis i to w dodatku na kryterium pragmatyczne, które ma tyle z jego teorią wspólnego, że właśnie przeciw pragmatystom jest ona wzniesiona.

Koncepcja wewnętrznej spójności tekstu, która odpowiada za możliwość właściwej interpretacji i jej odróżnienia od użycia, jest rezultatem kontrowersyjnych założeń i nieoczywistych wniosków, przez które Eco przeprowadza czytelnika, używając nieczystych metod dowodzenia. Intentio operis nie dość, że jest wynikiem szeregu manipulacji, które mają wskazywać na „oczywistość” tego założenia, jest w dodatku kategorią zupełnie nieoperatywną i trudno znaleźć usprawiedliwienie dla jej funkcjonowania w teorii. Wszędzie tam, gdzie według Eco ma ona decydować o właściwym znaczeniu, okazuje się bezużyteczna, bo właściwą interpretację legitymizują zupełnie inne czynniki. Pierwszym założeniem, które ma prowadzić do właściwej interpretacji, jest próba zminimalizowania interpretacyjnej dekontekstualizacji, która jest nieuchronna, ale rzeczywiście można ją stopniować[18]. „Każda inna decyzja dotycząca swobodnego użycia tekstu równa się decyzji rozszerzenia świata dyskursu” [CM, s. 297]. Nie wynika to wcale z wewnętrznej struktury tekstu, ale z założeń światopoglądowych Eco i sposobu w jaki chciałby, żeby literatura funkcjonowała. Zależy mu na stabilizacji (upolitycznieniu) znaczenia, bo tak jak wszyscy esencjaliści twierdzi, że praktyki kulturowe uzależnione są od stabilnych „przedmiotów”, a dopuszczenie do rozmycia się ich prawdziwego bytu w interpretacyjnym pozorze będzie miało destrukcyjny wpływ na kulturę i doprowadzi do szeroko pojętego upadku wartości.

Każda interpretacja nosi na sobie ślady dekontekstualizacji, ale użycie użyciu nierówne. Czy można wyznaczyć między nimi wyraźną granicę? Oczywiście nie, bo jak już wiadomo, wewnętrzne prawa tekstu nie dostarczają żadnych argumentów i ostatecznie decyduje to, czy interpretacja jest na tyle przekonująca, by społeczeństwo wzięło za nią odpowiedzialność.

Jednak funkcjonowanie kultury w oparciu o konsensus społeczny i interpretację Eco rozumie w sposób bardzo specyficzny, z którym trudno się zgodzić. Włoski badacz wyraźnie myli przyczyny ze skutkami, lub celowo zmienia bieguny tej relacji, by uzyskać stabilniejszy i bezpieczniejszy model kultury.

Kiedy tekst staje się „święty” dla danej kultury, zaczyna być poddawany procesowi podejrzliwej lektury, skutkiem czego dochodzi do niewątpliwych przerostów interpretacyjnych. Tak się zdarzyło z tekstami Homerowymi, odczytywanymi alegorycznie przez kulturę antyczną, nie mogły być inne losy Biblii w okresie patrystycznym i scholastycznym, to samo przytrafiło się Torze w kulturze żydowskiej. Jednak w przypadku tekstów sensu stricte świętych nie można sobie pozwolić na zbytnią swobodę, ponieważ istnieje zazwyczaj jakiś autorytet religijny i tradycja, której depozytariusze uważają się za posiadaczy klucza do interpretacji. [IN, s. 52]

Oczywiście kabała, alegoreza, wielka praca, którą podjęto, by połączyć Stary i Nowy Testament nie są interpretacjami oczywistymi, przeciwnie, to przykład najbardziej podejrzliwej lektury z możliwych, która „z pewnością nie ma sensu, jeżeli chodzi o zrozumienie przebiegu fabuły” [IN, s. 80]. O ile taka interpretacja jest usprawiedliwiona w wypadku „tekstów sensu stricte świętych”, bo te są legitymizowane przez tradycję, to w wypadku innych tekstów prowadzi do odczytań „paranoidalnych” [IN, s. 48], a autorów takich podejrzliwych lektur Eco nazywa „Czcicielami Całunu” [IN, s. 53]. Za paranoiczne właśnie Eco uznaje obsesyjne poszukiwania ukrytego sensu u Dantego przez Rossettiego, który w absurdalny sposób łączył Boską komedię z tradycją masońską. Od wykazania podstawowych błędów w interpretacji Rossettiego Eco w charakterystyczny dla siebie sposób przechodzi do uogólnienia ich konsekwencji na praktykę interpretacyjną w ogóle. To pozwala mu stwierdzić, że każda interpretacja, u której źródła stoi „nadmiar zdziwienia”, którego konsekwencją jest zbytnia podejrzliwość i przesadna skłonność do uznawania składników za istotne [IN, s. 121], prowadzi do nadinterpretacji.

Eco stara się ośmieszyć podejrzliwe lektury i z góry skazuje je na niepowodzenie, widząc wśród Czcicieli Całunu również dekonstrukcję[19]. Od krytyki poszczególnych – faktycznie błędnych – interpretacji Eco płynnie przechodzi do krytyki całego ruchu interpretacyjnego, który nie porusza się po najmniejszej linii oporu. Dlaczego jednak interpretacja Biblii nie jest świadectwem paranoi? Bo stoi za nią tradycja interpretacyjna. Wynika z tego rzecz absurdalna, że tradycja interpretacyjna Biblii i przyzwolenie społeczne na takie jej odczytanie poprzedzały samą jej interpretację, a nie były tej interpretacji efektem[20]. Rezultatem takiego rozumienia powinno być twierdzenie, że literatura nie jest w stanie zmienić kultury, bo każda interpretacja pokrywa się z jej oczekiwaniami, niczego nie modyfikując. Homer pisał przed Chrystusem, dlatego trudno go „zinterpretować jako zamierzoną alegorię Męki Chrystusowej. Mogę naturalnie wysunąć sugestię, że śmierć Hektora jest «figurą» Męki Chrystusowej, lecz dopiero uzyskawszy konsens kulturowy co do tego, że Pasja jest odwiecznym archetypem” [IN, s. 147]. Eco nie bierze pod uwagę wersji, w której to przekonująca interpretacja tekstów tak wpłynęłaby na kulturę, że ta zaakceptowałaby ją, sama się w tym celu zmieniając – uznając męczeńską ofiarę za archetypiczną. Choć konsens kulturowy stwarza stopień dopuszczalności interpretacji i, jak pisze Eco, „zapewnia gwarancję co do faktów” [IN, s. 141], nie należy go traktować jako konsensusu ostatecznego. Eco powiada: „mam większą pewność tego, że aspiryna obniża temperaturę ciała, niż tego, że dany preparat leczy raka” [IN, s. 146]. To prawda, ale stwierdzenie kolejne, że poszukiwań leku na raka należy zaniechać, bo sama idea jest efektem paranoidalnej medycznej podejrzliwości, jest nie tyle nieuzasadnione, co idiotyczne.

Eco za wszelką cenę chciał uzyskać teoretyczną i obiektywną legitymizację dla własnego światopoglądu, którego podstawą są ład, prawda, stabilność i porozumienie. Poprzez szereg manipulacji wyprowadził koncepcję spójnej intencji tekstu, ale i ona, jak się okazuje, nie trzyma w ryzach narowów czytelnika [IN, s. 64]. Żaden z pomysłów Eco nie pozwala stwierdzić, że właściwością literatury jest decydowanie o jej własnym losie interpretacyjnym, a tym bardziej odróżnić użycia od interpretacji. To rozróżnienie dla wielu badaczy jest kluczowe. Eco wyraźnie od użycia chce się odciąć, zaś Markowski i Culler traktują egzegezę i użycie komplementarnie, jako dwa sposoby dekontekstualizacji, pomiędzy którymi nie należy zaprowadzać wartościującej hierarchii. U progu tych wszystkich koncepcji stoi wspólne założenie, że czytelnik przystępując do lektury, decyduje, czy chce dokonać interpretacji wyrażającej wspólnotę przekonań, czy też chce użyć tekstu do własnych celów i zadawać mu pytania, do których stawiania tekst nie zachęca [IN, s. 113]. Stąd blisko jest do pytania o autonomię literatury:

Zarówno teksty literackie, jak i nieliterackie możemy interpretować na wszelkie możliwe sposoby, problem polega tylko na tym, co chcemy przez lekturę osiągnąć. Jeśli będę czytał instrukcję obsługi, umieszczoną na prezerwatywie lub butli gazowej jak wiersz ([…] uważając, że jest pozbawiona jakiejkolwiek referencji), to mogę przez chwilę miło spędzić czas, ale później gorzko żałować, że nie czytałem instrukcji w przekonaniu o istnieniu „twardej” rzeczywistości i konsekwencji, jakie wywołuje nieodpowiednia strategia lektury[21].

Jestem jednak przekonany, że w jednostkowym, prywatnym akcie lektury czy to książki, czy instrukcji obsługi, strategiczna decyzja o użyciu lub interpretacji nie zapada, bo czytelnik nigdy nie zadaje sobie takiego pytania. Nie miałoby ono sensu, bo i tak nie może on wziąć w nawias całego doświadczenia, składającego się na jego idiokulturę i powściągnąć w ten sposób strumień skojarzeń, który jego świadomość uruchamia podczas lektury. Czytelnik w jednostkowym akcie lektury nie przełącza się z rejestrów profesjonalnych na praktyczne, z rozumienia treści, na dostrzeganie formy, z uwagi skupionej na seksualności, na analizę społeczną – wszystkie tego typu decyzje o zogniskowaniu uwagi, by móc coś konkretnego o tekście powiedzieć, są sensu stricte użyciami i nie mają nic wspólnego z jednostkowym doświadczeniem literackości.

Czytelnik ma prawo przeczytać instrukcję obsługi prezerwatywy, wyciągając z niej pożytek, a zarazem nie rezygnując ze wspomnień i wyobrażeń wszystkich upojnych nocy, które przeżył, lub ma nadzieję przeżyć. Może też prawidłowo zainstalować pralkę, nie powściągając zachwytu nad równie subtelną, jak i perwersyjną metaforą: „kolanko węża włożyć w światło otworu”. W zależności od szeregu kompetencji, składających się na jego idiokulturę, lektura będzie pobudzać nieprzewidywalne ciągi skojarzeń i wrażeń, a wartości tej jednostkowej lektury nikt nie może zakwestionować. Jednak taką lekturą teoria literatury się nie zajmuje, bo użycie prywatne jest sprawą prywatną.

Osobiste uczucia ginekologów są poza obszarem zainteresowań ginekologii, tak jak teoria literatury nie dba o wartość jednostkowego aktu lektury, skupiając się na czysto politycznej walce o sposób w jaki literatura ma funkcjonować w uniwersum kulturowym. Chodzi tu właśnie o oddzielenie sfery prywatnej od sfery publicznej, ale należy się zastanowić, czy w tym wypadku ta druga ma cokolwiek wspólnego z kobietą i z literaturą. Spory o interpretację nie dotyczą literatury i jej czytelników, ale światopoglądu, do którego legitymizacji literatura mogłaby się przyczynić. Im bardziej zamkniętą na nieprzewidziane zdarzenia i nowe elementy wizję świata badacze chcą przeforsować jako jedyny i ostateczny porządek rzeczywistości, tym bardziej podejrzanych środków perswazji używają, czego najlepszym przykładem jest Eco.

Czym innym jest seks z kobietą, czym innym usługi ginekologiczne. Czym innym jest miłość do literatury, czym innym jej użycie w sferze publicznej, które nie ma nic wspólnego z jednostkowym doświadczeniem, bo funkcjonuje na restrykcyjnych prawach i związane jest z instytucjonalną koniecznością. Uniwersytecka katedra ginekologii tak się ma do kobiety, jak wydziały humanistyczne do szczególnego wydarzenia, jakim jest lektura. Nie jest to zarzut i wezwanie do zmian, ale podkreślenie sytuacji, z której należy zdać sobie sprawę. Należy też mieć nadzieję, że po godzinach pracy ginekolodzy i literaturoznawcy wracają do domów i z niesłabnącym zapałem przytulają swoje żony i oddają się prywatnej lekturze, nie zastanawiając się co mogą, a czego nie powinni pomyśleć.

 

BIBLIOGRAFIA

Eco U., Czytelnik modelowy, przeł. P. Salwa, „Pamiętnik Literacki” 1987, z. 2.

Eco U., Rorty R., Culler J., Brooke-Rose Ch., Interpretacja i nadinterpretacja, red. S. Collini, przeł. T. Bieroń, Kraków 1996.

Markowski M.P., Interpretacja i literatura, w: Sporne i bezsporne problemy współczesnej wiedzy o literaturze, red. W. Bolecki et al., Warszawa 2002.

Markowski M.P., Interpretacyjne rECOlekcje, „Znak” 1996, nr 12.

Ta dziwna instytucja zwana literaturą. Z Jacques’em Derridą rozmawia Derek Attridge, przeł. M.P. Markowski, „Literatura na Świecie” 1998, nr 11-12.

 


 

[1] M.P. Markowski, Interpretacja i literatura, w: Sporne i bezsporne problemy współczesnej wiedzy o literaturze, red. W. Bolecki et al., Warszawa 2002, s. 394.

[2] U. Eco, R. Rorty, J. Culler, Ch. Brooke-Rose, Interpretacja i nadinterpretacja, red. S. Collini, przeł. T. Bieroń, Kraków 1996, s. 5. Kolejne cytaty lokalizuję w tekście, używając następujących skrótów: IN – Interpretacja i nadinterpretacja; CM – U. Eco, Czytelnik modelowy, przeł. P. Salwa, „Pamiętnik Literacki” 1987, z. 2, s. 287-303.

[3] Por. M.P. Markowski, Interpretacja i literatura, s. 394.

[4] Cyt. za: M.P. Markowski, Interpretacyjne rECOlekcje, „Znak” 1996, nr 12, s. 130.

[5] Ibidem.

[6] M.P. Markowski, Interpretacyjne rECOlekcje, s. 128.

[7] Co wcale nie jest takie oczywiste. Jeden z interpretatorów Imienia róży, stwierdził, że nazwisko mnicha Mikołaja z Morimondo, który wypowiada słowa: „Biblioteka płonie!” nasuwa skojarzenie ze „śmiercią świata”. Miałoby się to odnosić do upadku opactwa jako mikrokosmosu, czy też konsekwencji pożaru biblioteki, wszak literatura dla bohaterów Imienia róży ma szczególne znaczenie. W rzeczywistości pomysł został zaczerpnięty z nazwy włoskiego opactwa i miasta, co jest oczywiste dla każdego Włocha i Eco zbija wspomnianą interpretację jako pozbawioną sensu i udziału w zrozumieniu przebiegu fabuły [IN, s. 79-80]. By zrozumieć, dlaczego Eco uznaje ten pomysł za nadinterpretację, trzeba by znać jego system oznaczania tropów semantycznych jako elementy znaczące lub pozbawione znaczenia. Sam uważam przytoczony przez Eco pomysł za błyskotliwy, jak najbardziej uzasadniony i stwarzający perspektywę, z której wiele można by powiedzieć o funkcji biblioteki w przestrzeni opactwa.

[8] Por. M.P. Markowski, Interpretacyjne rECOlekcje, s. 129.

[9] Odsłania się tu chęć wykazania, że obrany światopogląd jest nie tyle zbiorem przekonań, co jedyną możliwą zasadą świata. Ale choć założenia co do funkcjonowania świata pozwalają sprowadzić go do poręcznego formatu i wygłaszać o nim opinie, droga powrotna nie doprowadzi, jak chciałby Eco, do odkrycia jego obiektywnej zasady, ale do założeń na jego temat.

[10] Por. M.P. Markowski, Interpretacyjne rECOlekcje, s. 132.

[11] Ibidem.

[12] Ibidem.

[13] Przejście od interpretacji do rozumienia jest o tyle znaczące, że etymologia słowa „interpretacja” odnosi się do dekontekstualizacji, od której Eco wolałby literaturę uchronić. Interpretacja „to przeniesienie sensu jakiejś wypowiedzi w inny kontekst (inter-), a jednocześnie udostępnienie go (praestare […]) kolejnym użytkownikom”. M.P. Markowski, Interpretacja i literatura, s. 396.

[14] Ta „komunikatywność” literatury wiąże się z koniecznością zrozumienia jej, jako spójnego komunikatu. Przypominam jednak, że nawet jeśli założymy, że intencją autora jest nadać spójny komunikat, to jego tekst zawsze powie więcej. Myśląc A, pisze tekst znaczący B, a mimo to Eco zakłada, że w tym B istnieje spójne intentio operis, które bierze się jeśli nie z powietrza lub szczególnej zdolności słów do samoczynnego układania się w spójne komunikaty, to na pewno nie wynika z sytuacji komunikacyjnej.

[15] M.P. Markowski, Interpretacyjne rECOlekcje, s. 133.

[16] Rozumiem przez to wywodzące się od Mallarmégo „nowoczesne pisarstwo”, rezygnujące z mimetyzmu na rzecz samego aktu twórczego i eksponowania jego możliwości. Jest to rzeczywista kreacja artystyczna, która zbliża praktykę literacką do granicy reprezentacji, a zarazem, jak mówi Derrida, do „kresu literatury”. Ta dziwna instytucja zwana literaturą. Z Jacques’em Derridą rozmawia Derek Attridge, przeł. M.P. Markowski, „Literatura na Świecie” 1998, nr 11-12, s. 187.

[17] Eco nawet nie bierze pod uwagę, że Wordsworth świadomie starał się pisać w taki sposób, by warstwa brzmieniowa otwierała wiersz na szereg konotacji, bo wychodzi z założenia, że autor stosuje „zasady gry” komunikacyjnej, a te muszą być jasne, stabilne i wytłumaczalne. Autor ma do dyspozycji cały repertuar chwytów poetyckich, który stanowi specyficzny słownik jego języka. „Znaczące” jest tylko to, co pochodzi z tego repertuaru. Jeśli pozwolimy sobie na uznawanie pseudoanagramów, język poezji stanie się bełkotliwy, tak jakbyśmy w potocznej komunikacji zaczęli przekręcać słowa – prowadziłoby to do komunikacyjnej porażki, a tej, według Eco, tak samo bardzo starają się uniknąć autorzy, jak i zwykli użytkownicy języka.

[18] Z przywołanego wcześniej etymologicznego znaczenia słowa „interpretacja” wynika, że podział na interpretację = zrozumienie i użycie = dekontekstualizację jest fałszywy. W rzeczywistości „interpretacja jest strategią mniej (egzegeza) lub bardziej radykalnej (użycie) dekontekstualizacji”. M.P. Markowski, Interpretacja i literatura, s. 397.

[19] Eco łączy ją z tradycją gnostycką i hermetyzmem, w których chodzi o nieskończone zagłębianie się w tekst, połączone z oddzielaniem powierzchni od głębi, w której kryje się znaczenie istotniejsze, prawdziwsze [IN, s. 40-41]. Świadczy to tylko o tym, że Eco zupełnie nie rozumie dekonstrukcji, która podział głębi i powierzchni kwestionuje.

[20] Eco odwraca porządek, w którym stopniowo kształtująca się tradycja interpretacji Biblii łączyła kolejne poziomy tekstów Starego i Nowego Testamentu, wyłaniając w ten sposób księgi „sensu stricte święte” i oddzielając je od apokryfów, kształtując przy okazji to, co nazwać by można chrześcijańskim konsensem kulturowym. Według Eco kształt tego konsensusu nie jest efektem sukcesu interpretacyjnego egzegetów, ale odwrotnie, że to ten konsensus zadecydował o takiej, a nie innej lekturze. To właśnie pozwala mu stwierdzić, że interpretacja Rossettiego nie jest zła dlatego, że wątpliwe metody dowodzenia, które stosował, nie zostały zaakceptowane przez społeczeństwo, ale że z góry była skazana na porażkę, bo sama próba lektury wynikała z paranoicznych przesłanek.

[21] M.P. Markowski, Interpretacja i literatura, s. 403.

 

ABSTRAKT

Artykuł dotyczy nieprzerwanie toczącej się dyskusji na temat spotkania człowieka z tekstem i strategii, jakie może czytelnik obrać, by oddać tekstowi sprawiedliwość, sprowadzając go jednocześnie do własnego horyzontu doświadczenia. Koncepcje podkreślające „porozumienie”, traktujące tekst jako służebny wobec sensu, dla którego ten jest tylko pomostem i stanowiska dowartościowujące tekst, jako potencjał znaczeń, to bieguny tej nie zmierzającej do porozumienia dyskusji. Etyka tekstu i etyka porozumienia raczej rozchodzą się, niż tworzą komplementarny model lektury, co sprzyja jednoczesnemu funkcjonowaniu w filozofii interpretacji wielu, często wykluczającym się, strategii odbiorczych, z których najważniejsze postaram się pokrótce przedstawić.

Autor przygląda się, jak sposoby lektury, postulowane przez filozofów literatury, funkcjonują w praktyce czytelniczej, czy abstrakcyjny charakter ich dociekań da się przełożyć na praktykę czytelniczą, czy poszczególne koncepcje można uznać za autonomiczne i nie wymagające uzupełnienia, asekuracji przez inne metodologie. Czy obok przyjęcia różności interpretacji można je hierarchizować, a jeśli tak, to z jakiej perspektywy i wedle jakich kryteriów. Jak koncepcja etyki lektury D. Attridge’a, wnioski S. Fisha, doświadczenia pragmatystów, czy rozróżnienie U. Eco na interpretację i użycie sprawdzają się w czytelniczym doświadczeniu, co do niego wnoszą i czy wprowadzane przez tych badaczy kategorie są w ogóle operatywne. A wreszcie, jak postulowane przez filozofów literatury strategie odbiorcze traktują uwarunkowania kulturowe, społeczne etc., którym czytelnik podlega – czy możliwe jest wykroczenie czytelnika poza jego polityczne usytuowanie, a jeśli nie, to jaki wpływ zależność ta ma na interpretację (ogranicza ją, czy katalizuje).