Andrzej Sosnowski – poeta społecznie niedostępny

 

Danuta Turczyńska (UŚ)

 

Zacznijmy od oczywistości. Andrzeja Sosnowskiego postrzega się przede wszystkim jako pierwszorzędnego poetę, autora tomów przełamujących stereotypowy model wiersza [m.in.: Życie na Korei (1992); Cover (1997); Zoom (2000); Gdzie koniec tęczy nie dotyka ziemi (2005)]. Widzi się w nim także wybitnego tłumacza [m.in.: John Ashbery: No i wiesz (1993); Raymond Roussel: Dokumenty mające służyć za kanwę (2008); Maurice Blanchot: Tomasz Mroczny. Szaleństwo dnia 2009)] i ciekawego prozaika [Nouvelles impressions d'Amerique (1994); Konwój. Opera (1999)], który jest uznawany za najbardziej hermetycznego polskiego poetę.

Zgadzam się z opinią Mariusza Grzebalskiego, że hermetyzm jest zaburzeniem więzi komunikacyjnych łączących autora z czytelnikiem. Zaburzeniem wynikającym z różnych przyczyn. Ale dziś wszystko, co w poezji niezrozumiałe lub na pierwszy rzut oka nieczytelne, jest również natychmiast „hermetyczne”. Hermetyzm należy do pojęć nadużywanych, to liczman. Oznacza twórczość trudną w odbiorze, nie poddającą się łatwo interpretacji i przez to w niezrozumiały sposób bagatelizowaną. To taki worek, do którego krytycy wrzucają to wszystko, z czym im nie po drodze[1].

Jak zatem podejść do wierszy Andrzeja Sosnowskiego, które drążą mowę od wewnątrz, rozwarstwiając sensy na małe, coraz mniejsze „sensiki”, które wreszcie giną w chaotycznym potoku słów[2]. Jak zrozumieć poetę znanego z asemantyczności, niedostępności

i wyrafinowanych gier z czytelnikiem, lingwistycznych ekwilibrystyk i formalnych majstersztyków, twórcę nowoczesnej sestyny i villanelli w polszczyźnie? Który w dodatku został już dawno kanonizowany na papieża polskiego poetyckiego undergroundu[3]?

W 7/8 numerze (2001/2002) krakowskiego czasopisma „Nowy Wiek” opublikowano zapis rozmowy Michała Pawła Markowskiego z Andrzejem Sosnowskim – rozmowy, która ostatecznie rozprasza wiele wątpliwości powstałych wobec takiej postawy twórczej. Na pytanie Markowskiego o to, czy jest poetą ponowoczesnym, Sosnowski odpowiedział, że te wszystkie pojęcia nie są dla niego zbyt jasne i najważniejsze rzeczy rozgrywają się gdzieś pomiędzy nowoczesnością a ponowoczesnością, a on sam zainteresowany jest „nawiązaniem gry z tym, co pojawia się jako wyzwanie, które przychodzi ze strony języka”[4]. Rzeczywistość języka jest dla niego pierwotna, prymarna, natomiast światu tylko się wydaje, że jest odwzorowywany w wierszach.

Nazwijmy to tak: nieudana schadzka języka i świata.(...) Dlatego słowo zawiedzione spotkaniem ze światem odwraca się ku innym słowom. I cała reszta, na przykład wiersz, rozgrywa się rzeczywiście tylko między słowami[5].

Zdaniem Karola Maliszewskiego, to oświadczenie autora pozbawia wszelkich złudzeń. Uzmysławia, z jakim rodzajem operacji przeprowadzanej na języku i schematach poznawczych mamy do czynienia, z jakim rodzajem przedsięwziętej konsekwencji artystycznej[6]. I trzeba też - pisze Maliszewski – zwrócić honor Krzysztofowi Karaskowi, który w nocie na okładce debiutanckiego tomiku Sosnowskiego sygnalizował pewne pokrewieństwo tej „przygody intelektualnej” z innymi tego typu projektami, kojarzącymi się na przykład z poezją Valéry’ego. Ten trop wydaje się bardziej właściwy, bardziej pomocny dla zrozumienia fenomenu poezji Andrzeja Sosnowskiego. Oczywiście, można by podążać innymi śladami, na przykład poetyk wcześniejszych (mowa o Leśmianie, Peiperze, Awangardzie Krakowskiej, Karpowiczu). Jednakże wpływy inne, obce (amerykańskie czy francuskie) od początku „szmuglowane” przez poetę do polszczyzny, są tutaj najciekawsze. To położenie nacisku na kreację (czyli cytowanie obco brzmiących słów) – jeżeli można tak rzec – wewnątrzjęzykową[7], stanowiło próbę rozstrojenia polszczyzny i ukazania jej wewnętrznych wiązań.

W tym kontekście wiersze Sosnowskiego nie są raczej odpowiedzią na wyzwania tak zwanej realności, ale jawią się jako produkt zwątpienia w poznawcze możliwości języka. Wiarygodne stają się jedynie wyzwania nadchodzące ze strony języka, a światu wydaje się – i prawdopodobnie ma się wydawać – że jest odwzorowywany, że zachodzi wokół niego tajemnicze misterium pod hasłem „widzę i opisuję[8]. Czyżby – pyta Maliszewski – chodziło o bunt języka, jakieś jego zwyrodnienie[9]? To raczej radosne pójście języka na swoje albo – jak to nazwał autor w cytowanym wywiadzie – „nieudana schadzka języka i świata”[10].

Poetyckie „płynięcie ku nieznanemu”

Najważniejszym elementem w poezji Andrzeja Sosnowskiego jest sam język. Sposób w jaki go używa – czyli takie „płynięcie  ku nieznanemu[11]” – sprawia, że czytelnicza gra, do tej pory polegająca na ukazywaniu sensu, odkrywaniu intencji, odgadywaniu przyczyn bądź skutków zdarzeń, przestaje obowiązywać. By odkryć „nieznane dotąd oceany”[12], otwórzmy (mowa o tomie Po tęczy) „papierową tęczę, w której panuje kompletna zwyczajność, a niemal wszystkie słowa to wyrazy tak zwykłe jak krople wody, tyle że po przejściach przez potężne światło”[13]

Miłość jak malinowy chruśniak z wódką na dużym lodzie
z szarym runem pieprzu i łuną tabasco.
Mówi się shirtr of flame wściekły pies monastyrka.
Mówi się mleko i miód na twoim podbródku, Joanno.
Mówi się dreszcz instalacji w dalekim systemie,
lallen i lallen; „gorzkosłodka”; zuzu.

Mówi się też boski koks, neantyzyna.
Mówi się alfa o mega lub oda do zet:
Apollo gądł na lutni Ziggy played guitar
(stronami popiół, a stronami funky).
A może byśmy tak do Nałęczowa —
Tadeusz zna tam jedną restaurację[14].

Czyż język Sosnowskiego nie przypomina „języka” muzyki? Niby nie znaczy, a jest nośnikiem impulsów. W chwili spełnienia nie ma czasu na myślenie, konstrukcję – ta dokonuje się sama, ciało myśli w zastępstwie umysłu. Składanie obrazów świata jest jak defragmentowanie dysku – porządkuje się dostępne elementy tak, by programy można było uruchamiać szybciej. Łącząc obce sobie fragmenty, uzyskuje się narrację. Nieznajoma na chwilę przestaje być nieznajomą: przydarza się moment pewności po chwili zaskoczenia[15].

Słowa, frazy, cytaty, powtórzenia – pisze Grzegorz Hetman – tworzą tu strefę wzmożonego ruchu, zwiększonego przyciągania; wielokierunkowa energia języka przybiera dowolne kształty, lecz zanim okrzepnie w jakiejś znajomej, rozpoznawalnej postaci, natychmiast przelewa się w coś innego. Cały ten chaos sprawia jednak wrażenie sprawnie kontrolowanego. Lektura Po tęczy, istotnie, przypominać może „pobudkę na morzu i bez kry[16]” – trudno znaleźć jakikolwiek punkt oparcia czy chociaż zaczepienia w tym natłoku motywów, nawiązań, powiązań. językowi i dać się unieść w stronę tyleż niemożliwego, co nieuchronnego milczenia[17].

A co samego autora Po tęczy pociąga w języku? Po pierwsze – rytm. Po drugie – możliwość powstawania znaczeń poza jakąkolwiek intencjonalnością. Po trzecie – ruch języka poza obręb sensów przewidywalnych czy też akceptowalnych. Język – mówi Sosnowski – stwarza jakąś przestrzeń, w której ma pole do popisu, czyli pole do zapisu, wydaje mi się, że zapis i popis są tu mniej więcej tym samym. W pracy nad językiem zawsze coś jest na wyrost, pojawia się jakby mimochodem i poza kontrolą intencji czy też przeznaczenia[18].

Technika budowy tekstów

W 7 numerze (2008) czasopisma „Twórczość” Marcin Orliński opisuje sposób, w jaki Sosnowski buduje swoje teksty. Otóż jego zdaniem przypomina on ruchy pamięci. Pamięć rządzi się swoimi prawami, jej reguły wyznaczane są ad hoc i zależą jedynie od swojego przedmiotu, czyli od tego, co pamiętane. Sposób zapamiętywania staje się z kolei sposobem zapisu, czego efektem jest m.in. fragmentaryczność i nielinearność wiersza[19]. Czyja to pamięć? W tomiku Po tęczy język obejmuje nie tylko indywidualną egzystencję autora, ale także wyświetla struktury przypadkowe: refren ballady, komunikat z portalu internetowego, recenzję, przypis tłumacza do bliżej nieokreślonych ustępów z Adorna i Celana, rytm przyśpiewki harcerskiej, ogłoszenie z rubryki towarzyskiej, a nawet rockowy krzyk.

Ta jednoczesność wielu czasów (wieloczesność, współczesność) raczej nie jest charakterystyczna dla ludzkiej świadomości, która przecież dokonuje selekcji informacji. Bardziej przypomina rzeczywistość snu albo powierzchnię ekranu telewizora lub komputera[20].

Jakie ruchy pamięci pokazuje nam w kolejnych wierszach Sosnowski? Bardzo różne. Solmizacje z jednego utworu stają się sosolmizacjami w innym („gremialnie zaczęliśmy kląć i ryć / do re mi fa sol si do da so solmizacje”). Powtarzają się pojedyncze słowa, powtarzają się całe motywy, np. sformułowanie „w jednym stali (/stały) domu”. Kto? Najpierw nimfetki Vivian, potem Mihi i Tibi, generał i ten drugi, Fryderyk i Rozaneta, performatyw „Przepraszam” i normatyw „w porządku”. Z drugiej strony język potrafi się jednocześnie zapędzić w ślepy zaułek, zaciąć jak system komputerowy: „kultowe kruczki towaru / paciorki sygnaturki seks / o marchti rombi aungbli / o szalej tojad szczwół”. Nie przez przypadek jednym z narratorów tego tomu jest Paul Celan, mistrz gramatycznej nierozstrzygalności. I nie wiadomo (bo ma nie być wiadomo), czy malinowy chruśniak jest miejscem uprawiania miłości czy sporządzania drinków o nazwie wściekły pies[21].

Hermetyzm

Posiłkując się słowami Jacka Gutorowa trzeba od razu powiedzieć, że trudna i wymagająca poezja zawsze będzie znajdowała się na marginesie[22]. Niedostępność, niezrozumiałość poezji Sosnowskiego bierze się z założenia, że czytelnik nie powinien móc zbytnio zbliżyć się do wiersza. Da się to wytłumaczyć strategią uwodzenia: wiersz dopóty pozostaje atrakcyjny i uwodzicielski, dopóki się opiera i nie można go zdobyć. Zdobyty – w imię chwilowej satysfakcji traci wartość i w rezultacie przestaje budzić pożądanie. Czytanie wierszy Sosnowskiego jest więc rodzajem gry, w której czytelnik to ten z instynktem łowcy, a wiersz to zwierzyna łowna, albo, wracając do języka romansu, uwodziciel. Jeśli więc autor decyduje się na taką grę, zmuszony jest stale modyfikować jej warunki, tak aby czytelnik nigdy nie nabrał pewności i nie pojął wszystkich tajników strategii[23].

Mam wrażanie, - pisze Marcin Orliński – że czytelnik jest trochę jak początkujący uczeń szkoły językowej. Do jego uszu docierają tylko pojedyncze słowa lub fragmenty wypowiedzi, natomiast całości nie potrafi zrozumieć. Obcość języka, albo szerzej: obcość reguł splatania rzeczywistości, wydaje się tropem tym bardziej interesującym, że Sosnowski sam jest tłumaczem, a w jego tekstach nierzadko pojawiają się wtręty obcojęzyczne[24].

Czy swoimi wierszami Sosnowski pragnie napiętnować zatem reguły projekcji, które ujawniają się dopiero podczas zestawiania różnych języków? A może przeciwnie – chodzi tu o strategię odbudowy świata, rewaloryzację tego, co pozajęzykowe, na jakimś innym, wyższym poziomie?[25] W rachubę wchodzi też bardziej osobliwe rozwiązanie: skoro radykalne tłumaczenie z jednego języka na drugi nie jest możliwe (język polski źle przystaje do angielskiego, niemieckiego czy francuskiego), to w akcie desperacji należy użyć wobec niego siły[26].

Jak zatem czytać Sosnowskiego? Przede wszystkim wybierając sobie jedną lub kilka ścieżek, która (które) najbardziej odpowiada (odpowiadają), również w sensie dialogicznym, naszej własnej pamięci, tym i innym mapom, z których się sami składamy: Mihi i Tibi, podróż z Algierii do Francji, nimfetki Vivian, impreza poetycka w SDK-u, urodziny Magi, pies, psy, wściekły pies, warszawska Kinoteka, dziwna szafa w pokoju babci, zacinający się zamek, zepsuta klawiatura, forward, zwiedzanie Zamku Krzyżackiego, farsz. Nie próbujmy niszczyć tych obłędnych ścieżek jakąkolwiek metanarracją. Od obiektywizmu odwodzi nas zresztą sam Sosnowski, który poprzez wielokrotne cytowanie samego siebie, obnaża polityczne intencje instytucji komentarza. Jeżeli możliwe są więc jakiekolwiek strategie lektury, to wynikają one ze struktury samego tekstu i nie istnieją w formie innej niż ta, która w danej chwili pojawia się między[27].

 

BIBLIOGRAFIA

Gutorow J., Andrzej Sosnowski: być albo nie być, „Kresy” 1997.

Orliński J, Konkretna nadrealna, „Twórczość” nr 7/2008.

Podsiadło J, Daj mi tam, gdzie mogę dobiec, „Tygodnik Powszechny”, nr24/2000.

Sarnacka-Mahoney E., Bunt się ustatecznia? (rozmowa z Mariuszem Grzebalskim), „Przegląd Polski” 13.08.2000

Sosnowski A., Czy jesteś w takim razie poetą ponowoczesnym? – rozmawia M. P. Markowski, [w:] „Nowy Wiek”, nr 7/8 2001/2002.

Sosnowski A., Oceany, Wrocław 1996.

Sosnowski A., Po tęczy, Wrocław 2007.

 


 

[1] E. Sarnacka-Mahoney, Bunt się ustatecznia? (rozmowa z Mariuszem Grzebalskim), „Przegląd Polski” 13.08.2000.

[2] J. Gutorow, Andrzej Sosnowski: być albo nie być, „Kresy” 1997, s. 47.

[3] A. Pyzik, Dożynki nie do zarżnięcia, http://czytelnia.onet.pl/0,68654,0,18571,recenzje.html

[4] A. Sosnowski, Czy jesteś w takim razie poetą ponowoczesnym?, rozm. M.P. Markowski, w: „Nowy Wiek” 2001/2002, nr 7/8, s. 53-61.

[5] Ibidem.

[6] K. Maliszewski, Nowa poezja. Mały przewodnik po tendencjach i stylach,

http://www.biuroliterackie.pl/przystan/czytaj.php?site=0&co=txt_1025

[7] Ibidem.

[8] Ibidem.

[9] Ibidem.

[10] A. Sosnowski, Czy jesteś w takim razie poetą ponowoczesnym?

[11] Zob. A. Sosnowski, Oceany, Wrocław 1996.

[12] Ibidem.

[13] A. Sosnowski, Glossa do „Tęczy”: zgłoś się,

http://www.biuroliterackie.pl/przystan/czytaj.php?site=100&co=txt_0906

[14] A. Sosnowski, Po tęczy, Wrocław 2007.

[15] P. Mackiewicz, Po Tęczy,

http://www.biuroliterackie.pl/sklep/szczegoly.php?cid=b8_002

[16] G. Hetman, Gdzie życie staje się żyrandolem,

http://www.biuroliterackie.pl/przystan/czytaj.php?site=260&co=txt_1681

[17] G. Jankowicz, Po Tęczy,

http://www.biuroliterackie.pl/sklep/szczegoly.php?cid=b8_002

[18] J. Podsiadło, Daj mi tam, gdzie mogę dobiec, „Tygodnik Powszechny” 2000, nr 24.

[19] M. Orliński, Konkretna nadrealna, „Twórczość” 2008, nr 7.

[20] Ibidem.

[21] Ibidem.

[22] A. Kołodyńska, Usłyszeć język poezji, http://www.biuroliterackie.pl/przystan.

[23] G. Hetman, op. cit.

[24] M. Orliński, op. cit.

[25] Ibidem.

[26] Ibidem.

[27] Ibidem.

ABSTRAKT

W rozmowie z Grzegorzem Jankowiczem, Andrzej Sosnowski mówi o różnicach między poezją nowoczesną a ponowoczesną, zauważając, że te rozbieżności są widoczne tylko wówczas, gdy posługujemy się spójnym pojęciem modernizmu. Jeżeli zrezygnujemy z tego pojęcia, jeżeli je rozszczepimy, to wszystko nam się ogromnie skomplikuje. Jednakże gdy do owego „rozczepienia” dojdzie, wówczas mamy do czynienia z literaturą dwojakiego rodzaju, o którym pisze Walter Benjamin w eseju o Kafce, a który to kontekst został przywołany przez Grzegorza Jankowicza w omawianym wywiadzie. Benjamin pisze o dwóch rodzajach nowoczesnej literatury. Z jednej strony – mówi – mamy teksty, które bardzo łatwo poddają się zabiegom interpretacyjnym; można je rozłożyć jak papierowy okręt (w czystą i gładką kartkę). Z drugiej zaś – mamy teksty „rozkwitające” niczym japońskie origami zanurzone w wodzie: jedna forma przechodzi w drugą, jeden sens przynagla kolejny, a interpretacja nigdy się nie kończy. Ten drugi rodzaj tekstów tworzy - według Benjamina – bardzo silny nurt antynowoczesny, który idzie na przekór podstawowym wymaganiom, jakie stawiane są przed literaturą (żadnej prostej metafizyki, polityki, etyki, ideologii).

Ten drugi rodzaj tekstów, tworzy Andrzej Sosnowski. I to właśnie autorowi Oceanów poświęcony jest mój artykuł.